Kapryśny Kazbek – lekcja pokory wobec natury 8 komentarzy


Już od kilku lat miałam wrażenie, że w Gruzji byli wszyscy poza… mną i o ile nie do wszystkich legendarnie popularnych destynacji mnie ciągnie, to opowieści o pięknych górskich krajobrazach i niesłychanej gościnności Gruzinów kusiły, by zobaczyć i doświadczyć w końcu ten kraj kontynentalnego pogranicza na własnej skórze (i podniebieniu). Chodzenie po górach pokochałam szczerą miłością już jakiś czas temu, doświadczenie w zdobywaniu szczytów powyżej 5000 m zdobyłam podczas podróży przez Amerykę Południową, dlatego kiedy moja przyjaciółka Oliwia (którą możecie znać jako The Ollie) oznajmiła, że wybiera się do Gruzji by wejść na Kazbek (5047 m n.p.m.), proces decyzyjny trwał nie dłużej niż minutę: jadę!

Nie biorę nigdy udziału w zorganizowanych wyjazdach, ale taka wysokogórska wyprawa to nie przelewki- góry potrafią być okrutne wobec słabo przygotowanych śmiałków (a pisząc to myślę między innymi o sprzęcie, przygotowaniu fizycznym, doświadczeniu i znajomości terenu), dlatego postanowiłyśmy skorzystać z usług profesjonalnej polsko- gruzińskiej agencji Mountain Freaks. Już kilka miesięcy przed planowanym wylotem zostałyśmy poinstruowane co do niezbędnych przygotowań, potrzebnego sprzętu, ubrań, zapasów żywności i dokładnego przebiegu wyprawy, a że czas pędzi jak szalony, nawet się nie obejrzałyśmy jak przyszedł początek września i stanęłyśmy na lotnisku w Tbilisi, skąd odebrał nas kierowca z Mountain Freaks i zabrał prosto do Stepancmindy (Kazbegi) na tradycyjną gruzińską kolację z pozostałymi uczestnikami wyprawy.

Na drugi dzień, gdy tylko otworzyłam oczy, wybiegłam szybko z hostelu, by po raz pierwszy stanąć twarzą w twarz z tą owianą legendami górą. Kazbek tego ranka mienił się w pierwszych promieniach słońca na tle błękitnego nieba jak na zamówienie. Piękny, wielki, rozpalający marzenia i budzący pokorę.

Po sprawdzeniu sprzętu i uzupełnieniu zapasów, wsiedliśmy w terenówki, którymi wjechaliśmy na wysokość 2170 m, pod malowniczo położoną cerkiew Trójcy Świętej, skąd rozpoczyna się szlak na Kazbek. Tu załadowaliśmy główne bagaże na konie i z lekkimi plecakami, w pełnym słońcu i doskonałych nastrojach ruszyliśmy ostro pod górę, ku naszej górskiej przygodzie.

Po dwóch godzinach marszu zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek na biegnącej na wysokości 2940 m przełęczy Arsha, skąd mogliśmy podziwiać Kazbek w pełnej okazałości (jeju, jaki on wielki! Czy ja oby na pewno dam radę aż tak wysoko wejść- kołotało mi się w głowie od tego widoku) i skąd dzieliła nas jedynie godzina trekkingu od Sabardze, gdzie rozbijaliśmy pierwszy obóz. Całe szczęście, bo nad naszymi głowami zaczynały się zbierać czarne chmury (dosłownie i w przenośni). Ledwie dotarliśmy na miejsce noclegu (na około 3100 m n.p.m.), ledwie rostawiliśmy namioty, gdy zerwał się nieprzyjemny wiatr, a z ciemnego nieba zaczął sypać grad. Do naszego tymczasowego domu wskakiwałyśmy jak najszybciej, „na główkę”- za nic na świecie nie chciałyśmy już na początku wyprawy przemoczyć sobie ubrań.





A potem czekałyśmy głodne (a że czas płynie wolniej na głodnika, to każdy głodomor wie) na chociaż chwilową poprawę pogody, by przynieść wody z położonego po środku obozu ujęcia i zacząć gotować liofilową kolację. Gdy grad zamienił się w ulewny deszcz, oszukałyśmy głód kawałkiem gruzińskiego chleba i sera. Gdy ulewa zamieniła się w obrzydliwą, ale jednak mniej obfitą mżawkę, uzupełniłyśmy zapasy wody, ugotowałyśmy (w przedsionku namiotu) energetyczny posiłek i opatulone po uszy poszłyśmy spać.

Kolejnego dnia, z płytkiego snu (tak się niestety z reguły śpi na wysokościach) wybudził mnie ból głowy- to pierwsza oznaka odwodnienia organizmu. Policzyłam ile wypiłam dnia poprzedniego i przyznałam ciału rację: należała mu się obfita dostawa wody i izotoników. Na szczęście na niebie pięknie świeciło słońce i pogoda sprzyjała porannej toalecie pod gołym niebem i gotowaniu śniadania. Po posiłku przyrządziliśmy jeszcze herbatę na dalszą drogę, osuszyliśmy namioty, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w dalszą drogę na Kazbek. Tego dnia naszym celem była stara Stacja Meteo położona na wysokości 3650 m n.p.m, skąd za dwa dni mieliśmy wyruszyć na atak szczytowy. Ale po kolei.

Ból głowy ustępuje, humor dopisuje i energii mi nie brakuje, gdy krok za krokiem pokonujemy kolejne przewyższenia. A iść staramy się równo i szybko, gdyż kolejne załamanie pogody wisi w ciężkim, wilgotnym powietrzu. Gdy dochodzimy do lodowca wijącego się tuż poniżej Stacji Meteo, niebo jest już całkowicie zasnute szarymi chmurami. Chwila przerwy na łyk gorącej herbaty, energetycznego batona, założenie raków i dodatkowej warstwy ubrań i ruszamy dalej przed siebie, wkraczając w lodową krainę.

Krajobraz momentalnie zmienia się nie do poznania, a temperatura gwałtownie spada. Idziemy gęsiego, uważając na rozszczeliny i kałuże roztopionego śniegu. Zieloną Gruzję zostawiliśmy już daleko za sobą, a przecież odeszliśmy od Kazbegi łącznie zaledwie kilka godzin marszu. Serce bije coraz szybciej, nogi stają się coraz cięższe, oddech coraz krótszy- wysokość daje się we znaki. Jeszcze ostatnia przerwa po przekroczeniu lodowca, jeszcze ostatnie strome podejście wąską i grząską ścieżką i w końcu stajemy w obozie przy Stacji Meteo.

Resztę dnia zajęło nam (mi i Oliwii) moszczenie sobie „gniazdka”: rozstawienie i zabezpieczenie od wiatru namiotu (poprzedzone rozważnym wyborem miejsca na akurat dość obleganym polu namiotowym: tak, żeby wygodnie się spało, bez kamieni wbijających się między łopatki, żeby na nas za bardzo nie wiało i… żeby nie zawiewało zapachami z obozowej latyryny) i urządzenie się w jego wnętrzu (tak, by zapewnić sobie maksimum wygody), gotowanie, kolacja i spać. Ależ życie w górach wydaje się proste, co?

Noc nie należała do najlepszych w moim życiu: lekki sen, uciążliwe ubieranie się w tysiąc warstw żeby wyjść „na siku” (a picie dużych ilości płynów to podstawa, jeśli chcemy uniknąć choroby wysokościowej), siejące w głowie trwogę głazy lecące z hukiem ze zboczy gór i wiatr łopoczący ścianami naszego „domu”. Jednak poranny widok, który ukazał się nam po rozsunięciu drzwi namiotu wynagrodził wszystko: Kazbek w słońcu. Dostojny, piękny, złudnie na wyciągnięcie ręki.

Po obfitym śniadaniu (to tak trochę jest, że w górach wysokich głównie się je i śpi), zostaliśmy podzieleni na 3-osobowe zespoły, przypisani do gruzińskich przewodników i wyruszyliśmy na trekking aklimatyzacyjny na 4050 m, który miał nie tylko oswoić nasz organizm do mniejszej zawartości tlenu w powietrzu, był również testem dla podzespołów- zgranie tempa i możliwości ludzi, którzy w trudnych warunkach górskich będą szli przypięci do jednej liny, przez co będą od siebie zależni, to jeden z najważniejszych warunków udanego ataku szczytowego. Muszę przyznać, że dużo otuchy dodał mi fakt, że na wysokości 4000 m czułam się znakomicie. Zaczęłam wierzyć, że kolejnego ranka stanę na szczycie Kazbeku.

Gdy wróciliśmy do obozu na przeszkolenie sprzętowe (umiecie na przykład hamować czekanem?), niebo zasnuły ciężkie siwe chmury, zerwał się porywisty wiatr, zaczął sypać śnieg, a z daleka było słychać grzmoty. Było dopiero wczesne popołudnie, a musieliśmy już skryć się w namiotach, by pod osłoną łopoczącego na wietrze przedsionka przyrządzić liofile. Po posiłku przygotowałyśmy ubrania, zapasy jedzenia i sprzęt na planowany najbliższej nocy atak szczytowy, umościłyśmy się w ciepłych śpiworach i grzecznie czekałyśmy aż nadejdzie regenerujący sen. Nie przyszedł… Zamiast niego przyszła śnieżna zamieć.
Spać nie pozwalały pioruny zdajające się celować tuż obok naszego obozu, złowrogi świst wiatru, łopot ścian namiotu, huk spadających głazów i trzask pękającego lodu. W tej kakofonii przyprawiających o zimnie dreszcze dźwięków sama nie wiedziałam, które są prawdziwe, a które dogrywa moja napędzana strachem wyobraźnia. Wsłuchiwałam się jednak w nie uważnie, by nie przegapić okna pogodowego na… siku. Marzyłam o cewniku.

Pogoda pogorszała się z godziny na godzinę. Budzik, który zadzwonił o północy (wyjście na atak szczytowy było zaplanowane na godzinę pierwszą w nocy) nie wyrywał nas ze snu, obydwie co najwyżej drzemałyśmy w trybie czuwania. Brodząc w śniegu po łydki, z trudem opierając się porywom wiatru osiagającym nawet 100 km/h, przewodnicy Mountains Freak roznosili od namiotu do namiotu informację o odwołaniu akcji szczytowej z uwagi na ciężkie warunki atmosferyczne. Jedyne co mogłyśmy zrobić to odśnieżyć namiot, poprawić kamienie zabezpieczające jego brzegi przed wiatrem i wrócić do środka w oczekiwaniu na poprawę pogody. Tymczasem było coraz gorzej.

Przez dobę, razem z Oliwią, prawie nie wychodziłyśmy z namiotu (jedynie odśnieżyć go i… zrobić siku). Dostawałyśmy głupawki, a nadzieje na podjęcie próby zdobycia Kazbeku malały z każdym wybuchem nerwowego śmiechu. Wieczorem już wiedziałyśmy, że kolejnej nocy atak szczytowy się nie odbędzie. Wiatr był zbyt silny, śnieg sypał zbyt mocno, by ryzykować. Nasza grupa kolejnego dnia schodziła do Kazbegi, my, kładąc się spać, jeszcze rozważałyśmy pozostanie o jeden dzień i noc dłużej, by pod opieką doświadczonego gruzińskiego przewodnika górskiego podjąć naszą próbę. Długo nie musiałyśmy się jednak zastanawiać, resztki naszych nadziei zostały zakopane pod śniegiem: późnym wieczorem, konstrukcja naszego namiotu nie wytrzymała siły wiatru i ciężaru śniegu i runęła nam na głowy. Na klęczkach, w potwornej zamieci, wyszarpywałam ostatnie rzeczy z zawalonego namiotu. Kiedy z pomocą przewodników z Mountain Freaks (którzy pojawili się dosłownie w kilkanaście sekund!) ewakuowałyśmy się do Stacji Meteo, uderzał w nas wiatr uniemożliwiający wstanie z kolan. Nie będę tu zgrywać bohaterki: bałam się jak cholera i byłam wdzięczna za każdy centymetr użyczonej mi na nocleg podłogi.

Kolejnego ranka, po analizie prognozy pogody podjęłyśmy trudną decyzję o rezygnacji z ataku szczytowego na Kazbek i zejściu do Kazbegi. 

Dwa dni później, silny wiatr i obfite opady śniegu zniszczyły najsolidniejsze w całym obozie przy Stacji Meteo namioty fundacji Bezpieczny Kazbek.

Czasami sukcesem jest zawrócić w odpowiednim momencie- to jedna z prawd o życiu, których nauczyły mnie góry.

Jeśli chcecie się poczuć, jakbyście byli częścią tej wyprawy, zajrzyjcie do mojej relacji na Instagramie.


Ogromne podziękowania dla Mountain Freaks za profesjonalną organizację wyprawy i czuwanie nad naszym bezpieczeństwem.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.





O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w Angli, Chinach i Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 komentarzy do “Kapryśny Kazbek – lekcja pokory wobec natury