Czy Ameryka Południowa jest bezpieczna? 5 komentarzy


W Ameryce Południowej spędziłam 8 miesięcy. Kręciłam się (to określenie najtrafniej opisuje zawijasy mojej trasy) drogami i bezdrożami Boliwii, Peru, Chile i Ekwadoru. Jechałam przez pustynie, wędrowałam górskimi szlakami, spałam w namiocie na dachu samochodu, w górskich schroniskach i w tanich hostelach. Widziałam reprezentacyjne place dużych miast, zbite ze śmieci slumsy, miasteczka zmiecione z powierzchni ziemi przez niszczycielską siłę natury, osady górników, wioski wyrastające z pustynnego pyłu po środku niczego, chatki pasterzy, domy surferów, opuszczone stacje benzynowe i rezydencje emerytów z USA.

Czy czułam się w Ameryce Południowej bezpiecznie?

Czasem tak, czasem nie. Byłam witana zarówno z otwartymi ramionami, jak i złowrogimi spojrzeniami. Byłam zapraszana i przepędzana. Czy spotkała mnie podczas tej podróży jakaś krzywda? Nie. Czy to oznacza, że Ameryka Południowa jest bezpieczna? Odpowiem na to pytanie pytaniem: jedyny napad z bronią w ręku jakiego stałam się ofiarą (tzn. finalnie nic mi się nie stało, ale do dziś zasycha mi w gardle na wspomnienie mężczyzny, który próbował mnie okraść grożąc mi nożem myśliwskim) miał miejsce w moim rodzinnym mieście: Warszawie. Czy to oznacza, że Warszawa jest niebezpieczna?

Doświadczenia jednostek (na przykład moje) choć prawdziwe, mogą dawać zafałszowany obraz. Za to statystki morderstw, napadów z bronią w ręku, porwań i kradzieży w krajach Ameryki Południowej zatrważają. Mam świadomość, że mój bezurazowy bilans podróży przez Boliwię, Peru, Chile i Ekwador to mieszanka ogromnej dbałości o bezpieczeństwo, ostrożności i… szczęścia. Wiele osób, które spotkałam w drodze, tego szczęścia nie miało. Wiele z nich zrobiło wszystko co się dało, żeby uchronić się przed złymi ludźmi, ale miało po prostu pecha. Jednak wiele z nich popełniło małe, głupie błędy, które okazały się bardzo dotkliwe w skutkach. Żeby była jasność: jestem jak najdalej od moralizowania i obwiniania ofiar. Nikt, nigdy nie powinien w żaden sposób krzywdzić nawet najbardziej lekkomyślnej osoby. Koniec kropka. Ale wierzę też, że warto się uczyć na cudzych błędach, dlatego dzielę się z Wami wnioskami wyciągniętymi z bardzo nieprzyjemnych historii, którymi podzielili się ze mną podróżnicy spotkani na drogach Ameryki Południowej i sprawdzonymi na własnej skórze sposobami na bezpieczną podróż.

Jak dbać o bezpieczeństwo podróżując przez Amerykę Południową (i nie tylko) – historie z życia wzięte

Przylatujemy do Ameryki Południowej, zmęczeni wielogodzinnym lotem wsiadamy do taksówki na lotnisku i… gdy stoimy na światłach, motocyklista wybija tylną lub boczną szybę i z piskiem opon odjeżdża z naszym bagażem. Nie zliczę ile słyszałam takich historii (okradziona w ten sposób w Boliwii została między innymi mama mojego byłego partnera). Słyszałam też o wiele gorsze: o porwaniach, w których uczestniczyli kierowcy taksówek (w tym historia Andrzeja z Los Wiaheros). Jak zminimalizować ryzyko klasycznej „taksówkowej” kradzieży? Lecąc do jednego z najbardziej niebezpiecznych miast Ameryki Południowej: boliwijskiego La Paz, zapewniłam sobie pick-up z hotelu. Nawet jeśli hotel nie oferuje takiej opcji na stronie rezerwacyjnej, na pewno go zaaranżuje jeśli o to poprosicie (oczywiście za dodatkową opłatą). Tym sposobem, na lotnisku w La Paz czekał na mnie kierowca z polecenia, z karteczką z napisem „Aleksandra”, który moje bagaże przykrył kocem, aby nie świeciły za bardzo w oczy i przypilnował, abym wcisnęła blokadę zamykającą boczne drzwi.

Nie rzucaj się w oczy

I tu przechodzimy do kolejnego punktu: warto pamiętać, że kolorowe, ściągające uwagę z daleka plecaki to dość ryzykowny ekwipunek. Na przejazdy taksówkami i lokalnymi środkami transportu polecam używać wojskowych worków i toreb, które nie rzucają się w oczy. Jeśli wybieramy sie na trekkingi i nasz super techniczny, drogi i kolorowy plecak jest niezbędny, zaopatrzmy go na czas transportu w przykurzony, wysłużony pokrowiec w neutralnym kolorze. Warto też, żeby pokrowiec na aparat fotograficzny wyglądał… zupełnie nie jak pokrowiec na aparat, a grubsza gotówka i karty płatnicze były schowane gdziekolwiek, byle nie w portfelu, w którym zostawiamy tylko jakąś małą gotówkę „na podpuchę”.

Co się jeszcze rzuca w oczy i czyni nas atrakcyjnym kąskiem dla złodziei? Biżuteria, powieszone na szyi ogromne aparaty fotograficzne, wypchane portfele w tylnej kieszeni spodni, czy na desce rozdzielczej samochodu, drogie zegarki. Spotkałam w Peru Austriaka, którego odwiedził na trasie podróży tata. Tata nie chciał słuchać rad syna i zdjąć z nadgarstka Rolexa. Szczęście w nieszczęściu skończyło się to „tylko” bijatyką w barze, ale mówiąc delikatnie: nie polecam noszenia takich „błyskotek”.

Na peruwiańskim wybrzeżu usłyszałam natomiast historię dziewczyny, którą odwiedziła w podróży mama. Mama miała bardzo przyciągający uwagę złodziei zwyczaj porannego joggingu z iPhonem w opasce na ramieniu. Pierwszego ranka obyło się bez przygód. Drugiego ranka, gdy biegła tą samą plażą, ktoś podbiegł do niej od tyłu, założył jej worek na głowę i uciekł z telefonem. Szczęście w nieszczęściu, że samej kobiecie się nic nie stało.

Stosuj zasadę ograniczonego zaufania

Podróżując lokalnymi autobusami, najcenniejszy dobytek (paszport, aparat fotograficzny, pieniądze itd.) rozsądnie jest mieć zawsze przy sobie (a nie w luku bagażowym, skąd najczęściej coś niepostrzeżenie ginie). Spotkałam w Peru Niemkę, która znała tą zasadę i plecak z najważniejszymi dla niej przedmiotami trzymała w nogach. Ale obok niej usiadł młody, sympatyczny, rozgadany Peruwiańczyk, który poczęstował ją ciastkami i sokiem. Dziewczyna obudziła się kilka godzin później z zawrotami głowy, dziurą w pamięci i bez bagażu, w którym był jej laptop, aparat fotograficzny, karty płatnicze, pieniądze, a co najgorsze paszport. Nie znoszę namawiać do braku zaufania, jednak ta historia pokazuje, że oferty poczęstunku od nieznajomych trzeba traktować z ostrożnością, szczególnie gdy podróżujemy w pojedynkę.

Sprawdzaj, planuj, weryfikuj

W niektórych krajach Ameryki Południowej dużym zagrożeniem są napady na autobusy dalekobieżne. Lubię spontaniczność w podróżowaniu, ale w Ameryce Południowej polecam sprawdzać trasę i firmę przewozową, zanim powierzycie im swój los na kilka, czy kilkanaście godzin (w internecie naprawdę można znaleźć WSZYSTKO). Bo i owszem, są firmy, których autokary są napadane bardzo rzadko, są takie, w których (dziwnym trafem) napady są plagą. Przez większość mojej podróży poruszałam się własnym samochodem, ale zanim stałam się jego szczęśliwą właścicielką, musiałam przejechać z boliwijskiego La Paz do peruwiańskiej Arequipy. Sprawdziłam więc w internecie, która z firm przewozowych uchodzi za najbezpieczniejszą, zaciągnęłam też języka w hotelu. I nie protestowałam, gdy kierowca autokaru widząc nasze białe twarze kazał nam na całą trasę szczelnie zasłonić zasłony. Po co kusić złe licho?

Bądź czujny

Podróżowanie własnym samochodem przez Amerykę Południową to kolejny rozdział, niosący ze sobą cały wachlarz niebezpieczeństw i nawyków, które trzeba przyswoić, by zminimalizować ryzyko. Pierwszym z takich zachowań jest zamykanie drzwi. Również od środka. Zawsze. Przytoczę tu historię pary Polaków spotkanych w Boliwii, których pewnego słonecznego dnia, gdy przejeżdżali przez małe miasteczko, zatrzymała stojąca na środku ulicy kobieta wymachująca rękami, krzycząca „mechanik, mechanik!”- ogólnie robiąca wokół siebie dużo zamieszania i hałasu. Moi znajomi zatrzymali się i wysiedli, żeby sprawdzić czy mogą jakoś jej pomóc. Nie zamknęli drzwi, bo przecież wysiedli na chwilę i do tego zaaferowani sytuacją. Kobieta pytana co się stało, zaczęła się plątać w zeznaniach i w końcu oznajmiła, że sobie poradzi i… uciekła. Gdy uczynni Polacy zdezorientowani wrócili do samochodu (od którego oddalili się o dosłownie 3 metry) zobaczyli, że zniknęły z niego plecaki z aparatem fotograficznym, laptopem i trekkingowym ekwipunkiem.

Kolejną kwestią są nocne postoje. Przykro mi to pisać, ale największym zagrożeniem dla podróżujących przez Amerykę Południową (i nie tylko tam) są… ludzie, dlatego staraliśmy się unikać ludzkich skupisk (co oczywiście nie oznacza, że nie spotkaliśmy podczas swojej podróży mnóstwa cudownych ludzi). Bardzo rzadko zatrzymywaliśmy się w miastach na noc, raczej traktowaliśmy je tylko jako miejsca do uzupełnienia zapasów, a campingi rozbijaliśmy na łonie natury. Jeśli już zdecydowaliśmy się spać w mieście, wybieraliśmy strzeżone campingi lub hostele z
parkingiem ogrodzonym wysokim murem (przez który nic nie widać- to byóło dla nas kluczowe). Bardzo często traktowaliśmy taki hotelowy parking jak camping właśnie (wszak podróżowaliśmy samochodem z rozkładanym namiotem na dachu). Jak szukałam bezpiecznych parkingów? Za pośrednictwem aplikacji iOverlander, która jest moim zdaniem absolutnym niezbędnikiem w podróży przez ten kontynent.

Dzięki wspomnianej wyżej aplikacji sprawdzałam również bezpieczeństwo miejscówek do spania „na dziko”. Podstawowe zasady są oczywiste: z dala od ludzkich skupisk, najlepiej osłonięte od drogi (głazem, krzakami, górką, etc.) tak, by nie kusić przypadkowych przejezdnych. Jednak „zawodowi” bandyci, ci od napadów z bronią w ręku (a ofiary takiego rabunku spotkałam na północy Peru), wiedzą jakimi zasadami kierują się „gringo” i jak szukać obozujących na dziko podróżników. I tu z pomocą przychodzi międzynarodowa społeczność road triperów, którzy na bieżąco aktualizują informację w iOverlander o miejscach, w których się zatrzymali. Piszą na przykład, czy jest dobrze osłonięte przed wiatrem, czy jest gdzieś w pobliżu ujęcie wody i alarmują, jeśli stało się im tam coś złego. Jeśli więc czytałam, że w lokalizacji, którą upatrzyłam sobie na rozbicie obozu był napad, nadrabiałam nawet setki kilometów, nawet w nocy, by znaleźć bezpieczne miejsce nieznane bandytom.

Słuchaj intuicji

Choć żyjący w betonowej dżungli i obwieszeni elektoniką, wszyscy mamy w sobie ten najważniejszy instynt: instynt przetrwania. Więc jeśli wewnętrzny głos podpowiada Ci, żebyś tam nie szedł, to nie idź. Jeśli nie ufasz tej osobie, to grzecznie się pożegnaj i idź w swoją stronę. Jeśli całe ciało krzyczy UCIEKAJ, to się nie zastanawiaj, nie wstydź, nie leń, tylko BIERZ NOGI ZA PAS! Pamiętaj, że Twoje życie i zdrowie jest ważniejsze niż czas, „najlepsze” okazje, najpiękniejsze kadry.

A na zakończenie przekornie dodam, że mój 8- miesięczny road trip przez Amerykę Południową był NAJLEPSZĄ przygodą mojego życia i że odwiedziłam tam absolutnie NAJPIĘKNIEJSZE miejsca na mojej prywatnej podróżniczej mapie doświadczeń, i że nie mogę się doczekać, kiedy znów tam wrócę. To na wypadek, gdyby ktoś po tym wpisie nabrał wątpliwości, czy jechać w taką podróż. Jedź! Ale miej w pamięci nie tylko relacje z pięknych miejsc, przeczytane w ekscytacji na czekającą Cię przygodę, ale i płynące z przytoczonych wyżej historii przestrogi.


Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w Angli, Chinach i Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 komentarzy do “Czy Ameryka Południowa jest bezpieczna?

  • Marysia

    Byłam kilka razy w Ameryce Południowej i z moich odczuć na pytanie o bezpieczeństwo mogę odpowiedzieć „To zależy”. Podobnie jak Tobie, nic mi się nie stało i wyjazdy wspominam bardzo pozytywnie, ale bywały chwile, w których czułam się powiedzmy umiarkowanie bezpiecznie, bądź nieswojo. Były to oczywiście wyjazdy czysto turystyczne, ale kilka tygodni w Meksyku, czy Peru potrafią dać w najmniejszym stopniu obraz tych miejsc. W tym roku zimą planuję podróż na Wyspy Marshalla. Niewiele wiem o tym miejscu, poza tym, że warto tam wybrać się jednak w miesiącach, które nam się kojarzą z chłodem. Pogoda na Wyspach Marshalla to pora deszczowa i pora sucha i raczej wybieram się na zwiedzanie podczas tej drugiej. Rozważam przedłużenie „wakacji” i poszerzenie je o tydzień w Ameryce Południowej. Ot, z czystego sentymentu.