Chodź NA Wisłę! 9 komentarzy


Wisła – królowa polskich rzek – wiecie, że jej dorzecze zajmuje aż 2/3 powierzchni Polski, co czyni ją dziewiątą największą rzeką w Europie i drugą w zlewni Morza Bałtyckiego? Wisła jest ostatnią nieregulowaną dużą rzeką Europy, z (w większości) naturalnym krajobrazem rozgałęzionego koryta, malowniczych starorzeczy, mnogością piaszczystych łach i zielonych wysp będących siedliskiem i schronieniem dla wielu dzikich zwierząt. A najciekawszy przyrodniczo jest najdłuższy, środkowy odcinek rzeki, na którym spotkać można wydry, bobry, piżmaki i prawdziwe bogactwo gatunków ptaków (wiecie, że w dorzeczu Wisły rodzi się aż 2/3 gatunków ptaków Polski, w tym wiele bardzo rzadkich i zagrożonych wyginięciem?), między innymi mew, rybitw, zimorodka, brzegówki, czapli, kaczek i słowików. Na trasie środkowego odcinka Wisły leży Warszawa.

Stolica była latami odwrócona od rzeki, a maleńki świat pasjonatów żyjących Wisłą, z Wisły i na Wiśle funkcjonował jakby w odległej galaktyce (o której istnieniu przyznaję, nie miałam pojęcia). Dopiero oddolne inicjatywy mieszkańców i prywatnych inwestorów pociągnęły za sobą działania władz miasta mające na celu przywrócenie życia na brzegi stolicy, a trwająca rewitalizacja Bulwarów Wiślanych zwróciła w końcu twarz miasta ku rzece, niejako oddając ją warszawiakom i czyniąc atrakcją turystyczną. To, co uniemożliwiło rozwój żeglugi i latami odstraszało amatorów sportów wodnych- duże wahania poziomu wody, płycizny, ruchome dno- powoli staje się atutem tej pięknej dzikiej rzeki. I dziś już trudno wyobrazić sobie Warszawę bez Wisły, a myślę, że to dopiero początek „wlewania” się królowej polskich rzek w warszawskie życie.

Na początku był kajak

Powyższy śródtytuł puszcza czytelnikom oko. Pierwszymi jednostkami pływającymi na Wiśle nie były oczywiście kajaki, a drewniane pychówki, lejtaki, krypy i inne tradycyjne drewniane łodzie żeglugi śródlądowej (które zaczynają powoli wracać na Wisłę, podobnie jak pyszna flisacka zupa rybna siuforek, barszcz chrzanowo-buraczany i inne tradycje Urzecza- podwarszawskiego mikroregionu), ale moja zabawa z wiślanym nurtem w Warszawie zaczęła się właśnie od kajaka. Wystarczyło kilkanaście minut wiosłowania z portu Warszawskiego Klubu Wodniaków PTTK (położonego niedaleko mostu Siekierkowskiego na prawym brzegu rzeki), aby znaleźć się na dzikiej (trudno dostępnej z lądu, a przy wysokim stanie wody dostępnej wyłącznie od strony Wisły) piaszczystej plaży. A potem zobaczyłam zdjęcia Wysp Zawadowskich z lotu ptaka i już wiedziałam, że nie pozwolę, aby kolejne lato upłynęło mi bez spływu Wisłą. Jak to możliwe żeby spędzić większość życia w mieście położonym nad rzeką i niemal w ogóle nie korzystać z jej możliwości? – pytałam siebie (ze wstydem przyznać muszę, że nie pamiętam żebym kiedykolwiek wcześniej zamoczyła choćby stopę w Wiśle). Jak dużo jest osób takich jak ja, którym odkrywanie Wisły sprawiłoby frajdę? – zastanawiałam się.

I gdy zostałam wybrana do reprezentowania województwa mazowieckiego w Turystycznych Mistrzostwach Blogerów organizowanych przez Polską Organizację Turystyczną, nie wahałam się ani chwili, jaki fragment Mazowsza chcę pokazać swoim czytelnikom.

Spływ kajakowy z Warki do Warszawy

W upalny sierpniowy poranek spakowałam kajak, dużo prowiantu (w tym ziemniaki na ognisko), jeszcze więcej wody, namiot i znajomego, który na Wiśle zęby zjadł i zapewne niejedno wiosło połamał i ruszyłam na południe od Warszawy, do malowniczo położonej wśród jabłkowych sadów Warki, gdzie zaczęliśmy dwudniowy spływ.

Zwodowaliśmy kajak pod mostem kolejowym w Warce i stamtąd ruszyliśmy leniwym nurtem Pilicy, wzdłuż piaszczystych plaż, porośniętych zieloną gęstwiną wysp, sielskich pól i sosnowych lasów. Towarzyszyły nam jedynie kaczki i inne wodne ptactwo. Rozkoszowałam się piękną pogodą, rześką wodą i brzmiącymi latem szuwarami, nie mogąc się jednocześnie nadziwić, że jesteśmy jedynym kajakiem na rzece.

Po około czterech godzinach (zeszło nam się wyjątkowo długo, bo mi w tych okolicznościach przyrody trudno było aparat odłożyć, a jak wiadomo, z aparatem w ręku słabo się wiosłuje) dotarliśmy do ujścia Pilicy do Wisły, gdzie przyroda wspięła się na wyżyny nizinnego piękna, brzegi odsunęły się od siebie cztery razy, nurt ruszył z kopyta, czapla siwa przywitała nas donośnym krzykiem, a wszystko razem chwyciło mnie mocno za serce. Było najpiękniej!

To tu, na jednej z pierwszych wysp zatrzymaliśmy się na dłuższą przerwę żeby coś przekąsić, rozprostować nogi i popływać w Wiśle. Tak moi drodzy, w Wiśle można się kąpać. Ten zielonkawo- brunatny kolor wody, to nic innego jak naturalny muł rzeczny.

Rozleniwieni obiadem i kąpielą, dryfowaliśmy dalej w dół Wisły, minęliśmy Górę Kalwarię i wyjątkowo fotogeniczny most kolejowy. Grając w kalambury, wyglądając dostojnych czapli i czytając na głos artykuły z Przekroju na zmianę, przyglądaliśmy się kolejnym wyspom i łachom wiślanym, powoli szukając przytulnego miejsca na wieczorny biwak i nocleg.

Wiedzieliśmy, że musimy zatrzymać się przed rezerwatem Wyspy Zawadowskie, w którym kategorycznie nie wolno rozbijać się z namiotem. Wybór w końcu padł na jedną z piaszczystych plaż na lewym brzegu, gdzie uznaliśmy, że nie będziemy wadzić żadnym mieszkańcom (ze szczególnym naciskiem na niewadzenie tutejszym ptakom). Słońce już zniknęło za horyzontem, gdy rozbijaliśmy namiot i zbieraliśmy suche drewno wyrzucone na brzeg przez rzekę, żeby rozpalić ognisko. Wsłuchani w nocne odgłosy rezydentów wiślańkich wysp, gapiliśmy się na zmianę w gwiazdy i w ogień. Cudownie odprężeni, ale i niesamowicie wymęczeni sierpniowym słońcem spaliśmy jak dzieci.

Następnego ranka, upał dość szybko wygonił nas z namiotu, głód pospieszał śniadanie, a silny prąd jeszcze szybciej poniósł nasz kajak w stronę Warszawy. Minęliśmy przeprawę promową w Gassach, gdzie prowadzi kilka malownicznych tras rowerowych i zanim się obejrzeliśmy wpłynęliśmy do rezerwatu ornitologicznego Wyspy Zawadowskie, który słychać z daleka nawoływaniem wodnych ptaków. Są ich tu tysiące! Jeśli więc lubicie obserwować ptaki w ich naturalnym środowisku, to koniecznie się tam wybierzcie i nie zapomnijcie lornetki.

Aż trudno uwierzyć, że zaledwie kilka kilometrów od Warszawy w górę Wisły znajduje się dzika kraina, istna stołeczna Amazonia, której niekwestionowanymi władcami są mewy, rybitwy, siweczki i czaple. Wędrujące wiślane dno jak nieprzewidywalny rzeźbiarz w artystycznym uniesieniu formuje, przenosi, odsłania i zalewa piaszczyste łachy, na których nie dopatrzymy się śladów ludzkich stóp. Wolna przestrzeń, kilometry naturalnej, swobodnie wijącej się wśród łąk i lasów rzeki urzeka i sprawia, że w mig zapominamy o geograficznie tak bliskim, a jednak tak dalekim zgiełku wielkiego miasta.

Gdy wypchnęliśmy kajak z zawadowskiej mielizny, niebo nad nami zachmurzyło się i zerwał się silny wiatr zwiastujący deszcz. Gdy usłyszałam pierwszy grzmot, byłam pewna, że nie uciekniemy przed burzą, tymczasem wystarczyło w pewnym momencie zwolnić, a potem bardzo przyspieszyć (czyli dla odmiany zacząć wiosłować, bo przez większość rejsu leniliśmy się jak na wczasach), by zmieścić się pomiędzy dwoma (!) letnimi burzami.

Już od dłuższego czasu widzieliśmy kominy elektrociepłowni Siekierki, powoli zza horyzontu wyłaniał się Pałac Kultury i kształty warszawskich wieżowców. Nie mogłam się nadziwić, że naturyści dalej tak licznie przychodzą na „swoją” plażę w Wawrze, mimo widoku i hałasu z budowy mostu południowego. Pustki na plaży Romantycznej nie dziwiły mnie natomiast wcale, gdyż nie ominęła jej ulewa, której nam cudem udało się uciec.

Do Warszawy wpływałam z głową pełną pięknych obrazków i pomysłów jak wycisnąć z warszawskiej Wisły jak najwięcej, spływ ten bowiem rozbudził mój apetyt na wodne aktywności. Mam nadzieję, że Wasze też.

Warszawa Wisłą (stoi) płynie

W górę Wisły, tam gdzie dziko i pięknie robi się zaledwie kilka kilometrów od centrum miasta, wracam na stylowej żaglówce, która wyszła spod rąk pasjonatów żeglarstwa (takiego pełną gębą i przy pełnym wietrze)- Olka Hanusza i Adama Hamerlika- prowadzących Szkutnię Wisła, w której wykonują na zamówienie piękne łodzie żaglowe, wiosłowe i motorowe z drewna, sklejki i laminatów epoksydowych.

Wiedzieliście, że w Warszawie buduje się łodzie? Wiedzieliście, że możecie sami zbudować sobie łódź korzystając z narzędzi i wiedzy właścicieli szkutni? A przede wszystkim: wiedzieliście, że w Warszawie można żeglować? Że na plaży Rusałka Żagle warszawskie organizują darmowe szkolenia żeglarskie? Ba! W czerwcu tego roku w stolicy odbyły się regaty o Puchar Dzielnicy Wisła w klasie Omega i wieść warszawska niesie, że takich wydarzeń i inicjatyw będzie coraz więcej.

W Warszawie można też wypożyczyć deskę do SUP (świetna zabawa dla każdego, koniecznie spróbujcie!), zjeść kolację na barce pływającej po Wiśle (startują z Przylądka Miami Wars), wyruszyć w relaksujący rejs widokowy Kurką Wodną (houseboatem) stacjonującą w przystani na Młocinach, na „pływankę” tradycyjną drewnianą łodzią typu bat z opowiadaczem praskich historii lub rejs o brzasku na śniadanie na plaży organizowane przez Taxi Wisła, można też popłynąć w stronę zachodzącego słońca nowoczesną iBarką.

Prężnie działają w stolicy kluby wioślarskie, są tu warunki do narciarstwa wodnego i wake boardingu- zarówno w wake parkach (w tym jednym w samym sercu miasta- w Porcie Czerniakowskim) jak i na holu za motorówką. Jeśli macie chrapkę na wodne i motorowodne sporty w stolicy, swoje kroki skierujcie na początek do najlepiej rozwiniętego ze wszystkich warszawskich portów: Czerniakowskiego.

Ja do Portu Czerniakowskiego trafiam, żeby spotkać się z Piotrem Kamontem- fascynatem i instruktorem sportów wodnych, właścicielem wypożyczalni motorówek Kamont Sport (również takich małych, na prowadzenie których nie jest wymagana licencja) i organizatorem kursów na patent motorowodny, którego podróż drewnianą pychówką – przez Wisłę do morza – stała się inspiracją filmu „Wszystko Płynie”. Piotrek udziela mi pierwszej lekcji prowadzenia motorówki, i to z widokiem na warszawską Starówkę skąpaną w porannym słońcu.”Wisła to trudny akwen, ale dlatego właśnie fajny” – mówi i każe dodać gazu. Bawię się wyśmienicie i po raz kolejny czuję, że połknęłam haczyk rzucony przez Wisłę, że wpadłam w nią po uszy.

Bo warszawska Wisła to nie tylko spacery po Bulwarach Wiślanych, koncertowe czwartki w Cudzie nad Wisłą, wtorkowy teatr w Pomoście 511, niedzielne stand-upy na Placu Zabaw, szaleństwa weekendowych nocy w La Playa czy grill na Plaży Żoliborz (a tą wiślaną stronę również uwielbiam i polecam- niezmiennie od lat). To też sporty na wodzie i życie wodą, i od tej strony Wisłę będę się starać Wam przybliżać, taką Wisłą chciałabym Was zarazić.


Wpis powstał we współpracy z Mazowiecką Regionalną Organizacją Turystyczną, w ramach Turystycznych Mistrzostw Blogerów organizowanych przez Polską Organizację Turystyczną.

Podoba Ci się  ten tekst? Podaj dalej i pomóż Mazowszu wygrać!

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w Angli, Chinach i Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

9 komentarzy do “Chodź NA Wisłę!