Pół roku mądrzejsza 20 komentarzy


Dziś mija pół roku odkąd pożegnałam Warszawę i wsiadłam w samolot do Chin. Sześć miesięcy zupełnie nowego życia, nowej rzeczywistości i doświadczeń. Czego się przez ten czas nauczyłam, o czym się przekonałam, w czym utwierdziłam?

…że wartościowych relacji nie niszczy odległość ani czas

To był mój największy lęk związany z wyjazdem z Polski, nie bariera językowa, nie kuchnia, żadna z miliona rzeczy z kategorii „nowe, dziwne i nieznane”, tylko to, że wszyscy o mnie zapomną, że przyjaźnie na których mi zależy, które są, zaraz po miłości, najcenniejszą składową mojego osobistego poczucia szczęścia, wyblakną, zgasną. Owszem, bardzo brakuje mi moich bliskich (jest to jedyny negatywny aspekt emigracji i jedyna kwestia, nad którą zdarza mi się uronić łzę), ale wciąż czuję się częścią ich życia. Przejmuję się tym, że pies złapał kleszcza i cieszę się z zakupu zmywarki, oglądam schody nowego domu, oceniam nowe fryzury, kibicuję rozmowom o pracę i rzucaniu palenia, słucham o problemach z dziećmi i o wkurzających klientach. Nie omijają mnie plotki, a nawet zaproszenia na imprezy. Czasami jakby tej odległości nie było. I wiem już, że ci, z których stratą nie potrafiłabym się pogodzić, nie zapomną, nie znikną. Usiądziemy kiedyś naprzeciwko siebie, a nie przed monitorami komputerów jak jeszcze wczoraj i dokończymy po prostu rozmowę.

…że nie potrzebuję tryliarda rzeczy, którymi zwykłam się otaczać

Lubię ładne rzeczy, lubię ubrania i kosmetyki. Gdy w pamięci liczę swoje buty i jeansy gubię się po 20-tu. Mam naprawdę tonę ubrań. Gdy pracowałam w korporacji, chodziłyśmy z koleżankami z pracy na zakupy w ramach lunchu- przez kilka lat trochę się tego nazbierało…

99,9% tych rzeczy zostało w Polsce, przyjechałam tu z jedną walizką i po pół roku stwierdzam, że… niczego mi nie brakuje! Kupiłam sobie bluzę jak mi było zimno, legginsy żeby mieć w czym chodzić po domu, trampki jak mi w starych pękła podeszwa, przewiewne spodnie „na tropiki” i kapcie. To wszystko przez pół roku. Na początku nie kupowałam nic nowego bo w głowie kołotała się myśl „jak ja to wszystko potem do Polski zabiorę”. Problem ten oddalił się wraz z terminem naszego powrotu, a ja dalej omijałam sklepy szerokim łukiem. Wpadłam też na pomysł podwórkowej wyprzedaży gdy będziemy wyjeżdżać i pod wpływem tej idei kupiłam… odkurzacz. I to na spółkę z sąsiadem. Mieszkając w Polsce (choć to oczywiście nie kwestia kraju, a tego magicznego określenia „na stałe”) miałam obsesję na punkcie kupowania pierdół do domu: doniczki, miseczki, słoiczki, rameczki. Wyjazd do Chin nie namieszał nic (na szczęście) w moim poczucie estetyki i dalej lubię ładnie mieszkać, jednak fakt, że „nie na zawsze” i że bez sensu gromadzić wokół siebie stosy, z praktycznego punktu widzenia, niepotrzebnych rzeczy, diametralnie zmienił moje podejście. Zaczęłam zbierać wszystko to, co do tej pory wyrzucałam: puszki, słoiki, pudełka i po odpowiedniej adaptacji (zdarcie naklejek, kilka dziurek gwoździkiem, etc.) wykorzystywać je jako pojemniki, doniczki i świeczniki. Jest ładnie, funkcjonalnie, przytulnie i ekologicznie. Da się.

…że to ważne i fajne umieć cieszyć się z małych rzeczy

Kto z was uśmiechnął się ostatnio na widok świeżej bułki z masłem, szynką i serem? No właśnie… Jestem przedstawicielką pokolenia wychowanego w czasach pokoju, wolności i rosnącego dobrobytu. Czasy kartek na mięso i benzynę niby pamiętam, ale jak przez mgłę. Owszem, w czasach studenckich jadłam makaron z ketchupem, a dwudniowy chleb ratowałam maczaniem w jajku i smażeniem na patelni- głównie dlatego, że dobry obiad nadwyrężyłby budżet przeznaczony na imprezę. Pamiętam jak cieszyliśmy się (ja i moich 5-ro współlokatorów) gdy w domu pojawił się worek ziemniaków przywieziony przez przejętego losem swojego dziecka rodzica lub schab nadziewany śliwką od babci. A potem? Potem wszystko zaczęło być dostępne, w zasięgu ręki i jakoś przestało cieszyć. A szkoda.

Żeby była jasność: to nie jest tak, że w komunistycznych Chinach tylko ocet na półkach stoi (jak podobno w Polsce w czasach PRL-u). Wprost przeciwnie! Półki chińskich sklepów uginają się od dobrodziejstw, ulice pękają w szwach od natłoku sklepów, a konsumpcjonizm szczerzy w szerokim uśmiechu swoje złote zęby. Jednak różnice kulturowe między wschodem, a zachodem są ogromne i dotyczą między innymi kuchni, dlatego europejczykowi trudno zaspokoić swoje jedzeniowe zachcianki w chińskim sklepie. Oczywiście w Chinach da się kupić wszystko- pozostaje jednak kwestia czasu (potrzebnego by dany produkt znaleźć) i… pieniędzy. Chińczycy nie jedzą nabiału (poza mlekiem), w sklepach nie ma więc śmietany, masła i serów. Jeśli są, to importowane z Europy i w nastawionych na grube europejskie portfele cenach. Ile byłbyś w stanie zapłacić za kanapkę z żółtym serem? Jego ceny zaczynają się od 80 zł/kg i szybują wysoko w górę. Szynka? Po co Chińczykowi szynka skoro on nie je chleba (a co za tym idzie kanapek). Czekolada? Czekolada jest niezdrowa (w naszym kręgu kulturowym też krąży wiele jedzeniowych przesądów nie zawsze zgodnych z prawdą). Wszystkie te produkty to w Chinach towar luksusowy, bardzo drogi i trudno dostępny (pierwszy sklep, w którym możemy te produkty kupić jest oddalony godzinę drogi od naszego domu). I to nie jest tak, że mieszkając w Chinach uparłam się żeby prowadzić europejską kuchnię, bardzo daleko mi do tego. Ale ta kanapka z serem żółtym jedzona od święta tak bardzo cieszy! Powiem wam, że chociażby z tego powodu warto uciec na chwilę gdzieś daleko, gdzie wszystko jest inne. Żeby przypomnieć sobie o tym, że kostka czekolady to przyjemność, a nie nadprogramowa porcja cukru i żeby zacząć cieszyć się z takich zwyczajnych chwil jak śniadanie. Nasze życie składa się głównie z takich prostych sytuacji, jak często wydarza się coś naprawdę niesamowitego, wielkiego, wzniosłego? Czy naprawdę warto czekać z radością na takie chwile? Skoro uśmiech na naszej twarzy może wywołać spojrzenie do lodówki, spacer podczas słonecznej pogody, kiełkująca roślina w naszej okiennej doniczce. Zafascynowana swoją radosną reakcją na zwykłą (wydawałoby się) kanapkę zaczęłam zwracać większą uwagę na to co mnie na co dzień cieszy, nazywać głośno i po jakimś czasie zlało się to w bardzo silne uczucie, że jest mi po prostu tu i teraz dobrze.

…że zmiana jest dobra nie tylko wtedy gdy jest źle

Nie wyjechaliśmy z Polski bo było nam źle. Prowadziliśmy bardzo udane, ustabilizowane życie, a przecież większość z nas dąży do stabilizacji- to takie słowo klucz, do którego nasz umysł dopasowuje hasła takie jak „dorosłość”, „dojrzałość”. A ja chciałabym w tym miejscu życzyć wszystkim by dojrzeli do zmian. By przestali się bać, rzucili wyzwanie rzeczywistości i zmieniali, bo zmiana to rozwój, to umysł pracujący na zwiększonych obrotach, to twórcza energia, to przebudzenie, świeżość, nowe spojrzenie. W świecie nic nie jest stałe, czas biegnie do przodu, a my kurczowo trzymamy się swojego miejsca we wszechświecie zostając przez to… w tyle. Zmiana jest dobra, zmiana nas rozwija, uczy nas samych o sobie, pozwala znaleźć to, co nas uszczęśliwia. A, że boisz się zmian? No to teraz już w ogóle cię zaskoczę. Strach też jest dobry. Tylko trzeba go wytresować żeby nie paraliżował, a działał jak stymulator wyostrzający zmysły i wyobraźnię.

…że nasza europejska perspektywa, cywilizacja, kultura nie jest jedyną właściwą

Przyjeżdżamy na drugi koniec świata, przy stole domagamy się sztućców, a po wyjściu z toalety komentujemy, że „nawet cywilizowanych kibli nie mają”. Dość ordynarny i powierzchowny przykład, ale takie jest często nasze-europejskie podejście. Mierzymy swoją miarą, nie rozumiemy zachowań, nie spieszy nam się by poznać ich korzenie, ale do oceniania jesteśmy pierwsi- z własnej perspektywy. Tymczasem nie mamy (całe szczęście!) monopolu na życiową mądrość. Ogólnie jako ludzie kiepscy jesteśmy w „inności”, a Chiny dają jej doskonałą lekcję. Im dłużej obcuję z chińską kulturą tym mniej tutejszych spraw jest dla mnie oczywistych, im więcej o nich wiem, tym trudniej mi ich oceniać. Myślę, że dojdę w tej kwestii do punktu zwrotnego, ale przede mną jeszcze długa i bardzo ciekawa droga.

Nauczyłam się przez minione pół roku też miliona innych mniej i bardziej oczywistych rzeczy, ale miało być odrobinę filozoficznie więc o nowych smakach, garści zwrotów po chińsku, jedzeniu orzeszków ziemnych pałeczkami, orientacji w topografii Chin i innej wiedzy praktycznej tudzież magicznej pozwólcie, że nie będę nawet wspominać. Niepodważalnym faktem jest, że pobyt w Chinach to dla mnie bardzo wartościowa życiowa lekcja dlatego staram się być pilnym uczniem. Niestety podobno na tym kursie dyplomów nie ma, ech… co a pech!ola_blog

Dla podkreślenia wartości nauk jakie wyniosłam, chciałam dołączyć do tego wpisu jakieś swoje „mądre” zdjęcie, a podobno okulary dodają wizerunkowi inteligencji… Kiedy zapytałam mojego domowego recenzenta jak wyszło powiedział, że wyglądam jak „nastolatka z fejsa”- w sumie chyba można uznać to za komplement (?) więc wrzucam.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w Angli, Chinach i Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 komentarzy do “Pół roku mądrzejsza

  • Kasia Lenarcik

    Zgadzam sie w stu procentach co do malych przyjemnosci. Ostatnio zastanawialam sie ile osob w Europie pomyslaloby, ze zwariowalam, bo oswiadczylam, ze jak przez caly dzien mialam prad, udalo mi sie obejrzec filmik na youtubie i po paru dniach przerwy wlaczyli mi wode w domu, sprawilo, ze mialam naprawde dobry dzien.
    A bulka z serem tez mi sie marzy 🙂

    • Ola Świstow

      Dokładnie! Ja mam ochotę świętować tu takie sukcesy jak wysłanie paczki pocztą albo wyrobienie karty do wypożyczania rowerów miejskich 😉 A jaka duma mnie rozpierała gdy udało mi się „namierzyć” własny adres zamieszkania!

  • Danusia Stawarz

    ciesze sie, ze znalazlam Twoj blog! Choc sama staram sie spisywac swoje doswiadczenia z ‚podrozy’, to czasem trudno mi je ujac w slowa. A tutaj wszystko takie uporzadkowane i madre zyciowo:) Pozdrawiam!

  • Karolina Kania

    Podziwiam Cię, że zdecydowałaś się na rzucenie pracy w korporacji i taką zmianę. Niewiele osób jest w stanie zrobić coś takiego, no bo właśnie, jak zauważyłaś, strach przed zmianami, przed czymś nowym i nieprzewidywalnym paraliżuje i niestety zniechęca do działania.
    Od czterech lat co roku zmieniam miejsce zamieszkania (najpierw roczna wymiana we Francji, teraz studia, co roku w innym mieście – teraz Praga). I chociaż wiąże się to z ciągłymi zmianami, z utrzymywaniem kontaktów „przez skypa”, jeżdżeniem, załatwianiem, to nastawia mnie pozytywnie do zmian, pokazuje, że można znaleźć swoje miejsce wszędzie, jeśli tylko się tego chce. Trzymam kciuki za Twoje/Wasze dalsze chińskie przygody, odkrywanie tego kraju i kultury „od kuchni”. Pozdrawiam 🙂

    • Ola Świstow Autor wpisu

      Zgadzam się- to tylko od nas zależy czy jesteśmy szczęśliwi tu i teraz. I mam taką prywatną misję żeby przekonać do tego jak najwięcej osób 🙂
      Sama żałuję, że nie miałam wcześniej świadomości możliwości (za to wspaniale wyłożoną świadomość rzekomych ograniczeń). Na szczęście choć życie mamy tylko jedno, to wcale nie jest krótkie i nigdy nie jest za późno żeby zacząć żyć po swojemu 🙂 Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki za Twoje kolejne odważne, uszczęśliwiające decyzje!

  • KORAB

    Zaglądam tu od jakiegoś czasu.Wchłonęłam większość wpisów,świetny blog.Dopiero od niedawna zaczęłam realizować swoje marzenia o podróżowaniu,wszystko staram się notować i może kiedyś w podobny sposób podzielę się swoimi doświadczeniami.W tym roku wybieram się do Chin i Twoja kopalnia doświadczeń z tego kraju jest dla mnie bezcenna.Pozdrawiam serdecznie

  • Wieslaw Seredynski

    Bardzo interesujace obserwacje i mam wrazenie, ze szczere. pod wiekszoscia odczuc i spostrzezen podpisuje sie. Mieszkam poza Polska 35 lat. Wyjechalem nie dla pieniefzy i nie dla kariery ale z potrzeby poznania czegos nowego.
    Mysle, ze mialem symptomy klaustrofebi, zamkniecia w komunistycznej klatce… Choc satysfakcja z pracy byla ogromna. Bylem dziennikarzem Polskiego Radia i TV. Poza tym organizowalem festivale, koncerty, pisalem wiersze i komponowalem muzyke (i robie to do dziaj).
    Wyjechalem, zeby zmywac naczynia w angielskiej restauracji i sprzatac domy handlowe. Praca na statkach zakwitla kiedy przestalem byc „deckman on cargo ships” i wrocilem do fortepianu na statkach pasazerskich.
    21 lat w Angli pozwolilo mi poznac troszke ludzi, nauczyc sie jezyka i zostac wiernym poddanym HR Higness. Zostalem obywatelem Brytyjskim.
    21 lat w Brighton, podroze do ponsd 100 krajow, 7 lat jako „farang” w Tajlandii i obecnie 6 lat „adopted Pinoy” na Filipinach (dalej w fantastycznej Azji). Ksiazki mozna pisac. Do zobaczenia, do uslyszenia i do spotkania gdzies na kawie.
    WIESIEK „WiSH Seredynski

  • alana

    teraz wiem, że w Chinach nabiał to luksus…wcześniej często widywałam Chińczyków-studentów i zastanawiałam się nad tym dlaczego kupowali tak duże ilości jogurtów owocowych, jogobella, fantazja (co najmniej 30 sztuk) , które potem pakowali do plecaków….Wyczytałam, że nie respektują w Chinach polskiego prawa jazdy- obcokrajowcy posiadający swoje krajowe prawo jazdy aby uzyskać chińskie, muszą opłacić i zdać egzamin teoretyczny bez praktycznego a podstawą jest wiza ważna ponad 90 dni. Poza tym nieważne są tam wykupione w Polsce ubezpieczenia zdrowotne….Myślę, że nasz kraj też powinien się zbuntować i wprowadzić podobne restrykcyjne zakazy drugiej stronie…