Reisefieber 8 komentarzy


Reisefieber- uczucie zdenerwowania, podniecenia, zaniepokojenia wywołanego zbliżającą się podróżą. Tak, chyba jakoś tak definicja tego określenia brzmi. Zwykle przejawia się u mnie tym, że trochę na wyrost martwię się, że zapomnę jakiegoś absolutnie niezbędnego składnika bagażu (18-tej pary majtek lub wodoodpornego etui na dokumenty). Macam więc nerwowo torbę by wyczuć kolejne kształty i 37 razy sprawdzam czy mam paszport.  Jeśli wylot/odjazd jest we wczesnych godzinach rannych, dochodzi lęk przed zaspaniem (szczególnie, że pospać lubię a mój sen charakteryzuje się wyjątkową odpornością na wszelkie mające poderwać śpiącego na nogi urządzenia) co z reguły kończy się przerywanym cogodzinną kontrolą zegarka drzemaniem. Przed- chińskie reisefieber to jednak zupełnie co innego, tu nic sobie wymyślać i wyolbrzymiać nie ma potrzeby. Przynajmniej w naszym przypadku okazało się to zupełnie zbędne.

Pisałam ten tekst w myślach już kilka razy, ale zawsze coś wypadało, ciągły wyścig z czasem nie pozwolił usiąść w spokoju chociaż na chwilę przez ostatnie dni. W końcu dzień przed wylotem zapięłam walizkę i pomyślałam: „No dobra, bardziej spakowana już nie będę! To dobry moment, żeby opowiedzieć o moim skośnym reisefieber”.
Myliłam się, moment nie był dobry. Właściwie to nie było żadnego momentu (wolnego) bowiem gdy za chwilę stanęłam z walizką na wadze, okazało się, że mam 3 kg nadbagażu. Zmieszczenie mieszkania w 23- kilogramowym limicie okazało się trudniejsze niż myślałam.  Przyszło mi rozstrzygać coraz bardziej absurdalne dylematy: bluza czy książka?, suszarka czy spodnie? Szybka decyzja, na wagę i tak w nieskończoność. W międzyczasie przekazanie kluczy do naszego mieszkania, ostatnie zakupy, sms-y i telefony od znajomych, przegryzane pizzą próby upchnięcia na pawlaczu tego, czego zabrać już nie damy rady (przy okazji udało się nam ustalić, że pawlacze są z gumy). A wszystko w nerwowej atmosferze oczekiwania na wizy. Właśnie, czy wspomniałam, że to wszystko na niecałą dobę przed wylotem?
Teraz mała retrospekcja, cofamy się o 1,5 tygodnia. Z korespondencji mailowej z Niemcem, który koordynuje nasz proces wizowy dowiadujemy się, że pozwolenia na pracę i zaproszenia od chińskiej firmy będą w czwartek (tydzień przed naszym planowanym wylotem) w biurze w… Szanghaju! Dokumenty te (w oryginale) trzeba dołączyć do wniosku o wizę (pracowniczą typu Z, uprawniającą do podjęcia pracy w Chinach przez okres powyżej 6 miesięcy i wielokrotnego przekraczania granic). Szybko orientujemy się, że pilnujący procesu Niemiec nie ma pojęcia ile trwa oczekiwanie na chińską wizę w  Polsce. Otóż w trybie normalnym 7 dni roboczych ambasady (która jest czynna tylko w poniedziałki, środy i czwartki), w trybie ekspresowym (za dodatkową opłatą) można otrzymać wizę w ciągu 3 dni. Oznacza to, że jeśli jakimś cudem dokumenty dotrą do Polski na poniedziałek to przepustkę do skośnego świata otrzymamy w czwartek o 11. Problem w tym, że o tej porze powinniśmy być już na lotnisku, które oczywiście znajduje się w dość znacznej odległości od ambasady.  Zgłaszamy ryzyko!

Przebukowanie lotu (kolejne, bo przecież mieliśmy lecieć tydzień wcześniej) nikomu nie jest na rękę. Nam z oczywistych względów: wystarczająco długo już żyjemy na walizkach i kartonach, a za chwilę nie będziemy mieli gdzie mieszkać. Naszym przyszłym gospodarzom również: jeśli zmienimy termin lotu, to nie zdążymy dopełnić  formalności wizowych w Szanghaju (w tym poddać się badaniom lekarskim) przed Złotym Tygodniem (1-7 października)- narodowym świętem z okazji rocznicy proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej przez Mao Zedonga na Placu Tiananmen w 1949 roku, oczywiście  wolnym od pracy.  Najmniejsze przesunięcie będzie skutkować 2 tygodniami opóźnienia. Tego nikt nie chce.
Bierzemy sprawy w swoje ręce. Najpierw skracamy trasę, jaką mają pokonać niezbędne w procesie wizowym pozwolenia na pracę i zaproszenia- ominą  biuro w Niemczech i przylecą z Chin prosto do Warszawy. Dzwonimy do speców od wiz, dowiadujemy się, że konsulat w Gdańsku wydaje wizy w dniu złożenia wniosku, pracuje w poniedziałki, środy i piątki. Plan jest taki: w poniedziałek mamy komplet dokumentów, pośrednik wysyła je kurierem do Gdańska, gdzie w środę popołudniu konsulat wklei w nasze paszporty przepustkę do azjatyckiej przygody. Do Warszawy przyjadą pociągiem o 23:08- pół doby przed wylotem. Dowiadujemy się też niestety, że brakuje nam jeszcze jednego papierka- zaświadczenia lekarskiego! Musimy je zdobyć do poniedziałku (jest środa), formularz można wypełnić tylko po chińsku lub angielsku…
Pierwsza myśl- prywatna klinika. Umawiamy się na następny dzień (czyli czwartek) do internisty w Enel- Medzie. Tłumaczymy w jakiej sprawie przyjdziemy, prosimy o lekarza władającego językiem angielskim. Koszt: 150 zł od osoby. Pani doktor zachowuje się jak naburmuszona hrabina. Na wejściu, nie widząc jeszcze formularza stwierdza, że wizyta trwa 15 minut a to za mało na wypełnienie dokumentu. Nawet na nas nie patrzy, twierdzi, że wywiad lekarski nie wystarczy, że się pod tym nie podpisze.  Tymczasem w formularzu są rubryki takie jak: nos, szyja, kończyny- wiemy, że wystarczy wpisać „ok.”, to tylko formalność, szczegółowe badania przejdziemy w Szanghaju. Są też pytania dotyczące chorób tropikalnych (jak żółta febra) i psychozy. Tomek nagle słyszy: „ja nie wiem czy pan jest normalny, widzę pana pierwszy raz w życiu na oczy”. Mi już nerwy siadają, pytam nabzdyczonej królowej medycyny czy w ramach wizyty, która kosztowała 150 zł jest w stanie dokonać „oględzin” by stwierdzić, że ręce, nogi, oczy są tam gdzie ich miejsce. Pani doktor deklaruje wypełnienie (uwaga!) CZĘŚCI JEDNEGO formularza w ramach dwóch wizyt- czyli za 300 zł. Wstaję i wychodzę, Tomek wytrzymuje jedynie kilka sekund dłużej. Recepcjonistka widząc nasze miny nie ma chyba odwagi dyskutować i zwraca całą opłatę. No tak, tylko dalej nie mamy zaświadczeń.
W panice wydzwaniamy po znajomych szukając namiaru na lekarza, który nie tylko włada angielskim, ale jest jeszcze do tego normalny (tak na oko, bez zaświadczeń). Jak na złość padają baterie w obydwu telefonach. W drodze do domu zajeżdżamy do osiedlowej przychodni, gdzie od razu wzbudzamy zainteresowanie pań z recepcji- no w końcu nie co dzień przychodzą ludzie prosząc o zaświadczenie po angielsku, że mają uszy! Podobno pracuje tu „nowa młoda pani doktor, która może mówić po angielsku”. Już za chwilę formularz ląduje na jej biurku a my słyszymy zbawienne „pani doktor zgodziła się państwa przyjąć, proszę czekać”. Czekamy 3 godziny. W międzyczasie wpychają się przed nas wojownicze emerytki. Nie ważne, poczekamy. Byle się udało!
Pani doktor po angielsku mówi bardzo słabo, nadrabia za to dobrą wolą i zwyczajną (choć tak rzadko spotykaną) ludzką życzliwością.
Przechodzimy przez kolejne punkty formularza: „Nos? Jest!”, „Psychoza maniakalna? Nie ma!”. Atmosfera się rozluźnia, wymieniamy żartobliwe uwagi. Jako, że Chińczycy nie przywiązują zbytniej uwagi do poprawności swojego angielskiego, w dokumencie są literówki. I tu się zaczyna problem- nie wiemy co oznacza jeden z punktów, baterie telefonów rozładowane więc nie możemy przetłumaczyć zwrotu, pewnie nie muszę dodawać, że akurat tego dnia przeinstalowują system w przychodni i Internet nie działa? Otwieram buzię ze zdziwienia gdy nasza (tak, już nasza!) pani doktor dzwoni z prywatnej komórki do znajomego by rozwiązać problem (nasz problem!)- jest nadzieja dla gatunku ludzkiego, tacy ludzie jeszcze istnieją!
Jest czwartkowy wieczór, mamy zaświadczenie lekarskie, do planowanego wylotu 6 dni. Paczka z brakującymi dokumentami wyleciała dziś z Szanghaju. Monitorujemy przesyłkę. W piątek jest już u naszych zachodnich sąsiadów- w Kolonii. Odetchnęliśmy z ulgą. Jutro powinna trafić do Warszawy, w poniedziałek doręczenie i nasz plan ma szansę zakończyć się sukcesem na międzynarodową skalę! W sobotę chwila rozprężenia, spotkania z przyjaciółmi i rodziną. Żegnamy się i żegnamy, najgłośniej płaczą nasze wątroby. Ociężałymi niedzielnymi oczami czytamy maila z Niemiec- czy zauważyliśmy, że nasze dokumenty poleciały do Paryża? Co?! Tomek nerwowo wstukuje numer przesyłki, ja wstrzymuję oddech… Paczka rzeczywiście była we Francji, ale jest już na magazynie w Warszawie- taką okrężną wybrała sobie drogę. Uff!
Poniedziałek, 3 dni do godziny ZERO. Rano Tomek wchodzi na stronę konsulatu Chin w Gdańsku i czyta: „konsulat zawiesił usługę wydawania wiz w dniu złożenia wniosku”- blady strach, pot na plecach… Telefon do pośrednika- mamy nie sugerować się „oficjalnymi informacjami”, znaczy się mają kontakty/układy- nasze szczęście płatne fakturą Vat. Wypatrujemy kuriera jak grzeczne dzieci pierwszej gwiazdki w Wigilię. Zjawia się dopiero koło 14 (i kto teraz zliczy wypalone papierosy/obgryzione paznokcie?).  Szansa, że się uda wzrasta.
Wtorek, 2 dni przed wylotem: komplet dokumentów trafia do Gdańska, możemy z nerwów wydreptać dowolny wzór na dywanie a i tak konsulat otworzą dopiero w środę.
Środa, wylot jutro. Zajmujemy głowy wspomnianymi wcześniej dylematami natury praktycznej (w sensie „czytamy czy wyglądamy?”) aż do 14:00, kiedy otrzymujemy informację, że mamy wizy! Mają „wsiąść” do pociągu, który odchodzi z Gdańska o 17:00. 17:30 Tomek odbiera telefon- pytają go o numer dowodu i inne dane potrzebne do odbioru przesyłki- wnioskujemy, że one JESZCZE NIE WYJECHAŁY!!! Ratunku! 23:08- o tej godzinie pociąg Neptun miał dojechać na Dworzec Centralny w Warszawie. Spóźnia się 15 minut. Konduktor szuka paczki: „Ta? Nie?! Ale ja nie mam więcej paczek…” 23:30- serce staje… „Aaaa tu jest! Proszę się nie denerwować, ja 20 lat jeżdżę i nigdy żadnej przesyłki nie zgubiłem”.
I to już koniec niespodzianek, złośliwych zrządzeń losu, nieprzewidzianych sytuacji. Budzik zadzwonił, samochód nie utknął w korku, bagaż nie przestraszył obsługi lotniska, samolot się nie zepsuł, żadna cegła nie spadła nam po drodze na głowę. To się dzieje naprawdę! Już za chwilę/na chwilę będziemy pracować, cieszyć się, dziwić, smucić, śmiać, bawić, żyć w Chinach. Z każdym napisanym słowem czuję jak stres opuszcza moje ciało…  Jak na kozetce u psychoterapeuty… Coraz większy relaks. Spełnienie potrzeby „wygadania się” tak błogo działa czy wino? Na pewno duże znaczenie ma fakt, że siedzimy już w samolocie do Szanghaju!

samolot

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

 


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w Angli, Chinach i Francji. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 komentarzy do “Reisefieber

  • Lekarz

    Mocno przeterminowany komentarz, ale dzisiaj stanęłam po drugiej stronie barykady i stanę w obronie pierwszej lekarki z tego wpisu. Wystawienie zaświadczenia jest wiążące dla lekarza- podbicie się własnym Prawem Wykonywania Zawodu oznacza przyjęcie odpowiedzialności za to co się w tym formularzu poświadczyło. W tamtym momencie wystawienie zaświadczenie wydawało się tylko czystą formalnością, ale znam wiele przypadków takich czystych formalności, które zakończyły się sprawą w sądzie. Pacjenci z uśmiechem na ustach, gorącymi prośbami, wielką wdzięcznością , nie mają potem żadnego problemu żeby skarżyć lekarza, który w dobrej wierze podbił im się na jakimś „czysto formalnym” zaświadczeniu(i nie mówię tu o typowym błędzie lekarskim). Normalnemu człowiekowi ciężko uwierzyć, że ten formularz może posłużyć w przyszłości do roszczeń ze strony pacjenta(zdrowy rozsądek i logika na niewiele się tu zdają), ale ponieważ takie przypadki się zdarzają- podchodzę z większą rezerwą do sytuacji. Bez komentarza jeżeli chodzi o umiejętności interpersonalne tej pani.