Ekwador, o jakim nie macie pojęcia! 23 komentarze


Ekwadoru nie mieliśmy w swoich podróżniczych planach. Nie lubimy robić nic w pośpiechu, a na dłużej niż kilka dni na wyspach Galapagos nie mogliśmy sobie finansowo pozwolić, więc wypadły z naszej listy. Nic więcej o tym kraju nie wiedzieliśmy. No może to, że można w nim spotkać niebieskostope ptaki i mężczyzn z długimi warkoczami i w kolorowych poncho. Czyli tak naprawdę nic.

Byliśmy chyba jeszcze w Boliwii, gdy odezwał się do mnie znajomy Anglik polskiego pochodzenia, którego poznałam w Chinach: „Hej, witam po tej samej stronie świata!”. Okazało się, że od 8 miesięcy mieszka w wiosce Vilcabamba na południu Ekwadoru. „Przyjedź, poznasz starych hipisów i szamanów. Gwarantuję ci, że będziesz miała o czym pisać” zachęcał mnie znajomy. Odpowiedziałam, że zobaczymy jak się nam ułoży trasa, ale że niewykluczone i że odezwę się za jakiś czas. I na trochę o tym zaproszeniu zapomniałam.

O Ekwadorze przypomniałam sobie dopiero w Huaraz, gdy po kilku tygodniach w Cordillera Blanca, mieliśmy zdecydować o dalszym kierunku podróży. Spojrzeliśmy na mapę, sprawdziliśmy gdzie dokładnie jest Vilcabamba i zgodnie stwierdziliśmy, że to w sumie blisko („zaledwie” 2 dni jazdy samochodem) i że możemy jechać. Mi się już od dawna marzyło plażowanie, postanowiliśmy więc zatrzymać się jeszcze po drodze w peruwiańskiej stolicy surferów, czyli Mancorze i ruszyliśmy w drogę.

A droga była długa, nudna i dziurawa. Jechaliśmy przez pustynię śmieci, której monotonię przerywały jedynie zakorkowane i jeszcze bardziej zaśmiecone miasteczka. Gdyby nie policja, która co jakiś czas zatrzymywała nas próbując wyłudzić łapówkę, najpewniej umarlibyśmy na tej trasie z nudów. Gdy dojechaliśmy na moją wymarzoną plażę w Mancorze, męczący mnie od kilku dni kaszel przerodził się w ciężar nie do zniesienia, który za nic nie chciał się ruszyć z moich wymęczonych oskrzeli. Trzy dni przeleżałam w upale, w namiocie, z wysoką temperaturą. Czwartego musieliśmy jechać dalej- zostały mi już tylko dwa dni peruwiańskiej wizy.

Gdy dojechaliśmy do przejścia granicznego Peru z Ekwadorem, chciałam już, tak bardzo chciałam, żeby ta podróż się skończyła. Tak bardzo chciałam być już na miejscu. Pieczątki wyjazdowe z Peru dostaliśmy od ręki. Kilkanaście minut później, chwilę po konsumpcji zupy z plastikowej torebki, uśmiechnięta urzędniczka wbiła nam w paszport 3-miesięczne ekwadorskie wizy. Zadowoleni przeszliśmy więc do biura peruwiańskich celników w celu dopełnienia formalności samochodowych. Podaliśmy pozwolenie na czasowy import, które otrzymaliśmy dwa miesiące temu na granicy boliwijsko- peruwiańskiej, dowód rejestracyjny (w naszym przypadku kiepskiej jakości wydruk na kiepskiej jakości papierze, bo samochód był zarejestrowany w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie wszystko jest zdigitalizowane i nikt się papierami nie przejmuje) i międzynarodowe prawo jazdy. Celnik, z wyraźnie zdezorientowaną miną wpatrywał się w dokumenty (co nas szczególnie nie dziwi, bo Adrien z Francji, ja z Polski, a samochód z Kolumbii Brytyjskiej i czasem chwilę zajmuje celnikom, żeby tą „różnorodność” ogarnąć). W końcu zapytał:
– Skąd jest wasz samochód?
– Kolumbia Brytyjska, Kanada.
– Jesteście pewni?
– …???
– A powiedzieliście o tym celnikowi przy wjeździe do Peru?
Trochę zgłupieliśmy, ale odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że oczywiście. I w czym problem?
– Bo w waszym pozwoleniu na import jest wpisane, że samochód jest z Kolumbii…
No tak, już dawno zauważyliśmy, że nikt tu częścią „British” się nie przejmuje i wszyscy myślą, że jesteśmy z Kolumbii, ale żeby celnik??? British Columbia widnieje w dokumentach a nawet na tablicy rejestracyjnej! Ogarnął nas stres co będzie dalej, a ja zaczęłam się zastanawiać jak to możliwe, że nie zauważyliśmy braku dopisku „British” w dokumencie celnym. W sumie wiem jak…



Spędziliśmy na tamtej (boliwijsko-peruwiańskiej) granicy ponad dwie godziny, po całym dniu jazdy po fatalnych boliwijskich drogach. Najpierw staliśmy w totalnie zdezorganizowanej kolejce (czytaj „w tłumie”) po pieczątki w paszportach, potem biegaliśmy po przygranicznym miasteczku jak poparzeni w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy kupić wymagane w Peru ubezpieczenie. Jak poparzeni, bo granica zaraz miała się zamknąć (bo przecież już wieczór), a nam jakoś do głowy nie chciało przyjść, że do oddziału banku, w którym sprzedawana jest polisa, trzeba brodzić w ciemnościach, w błocie do pół łydki razem z lamami i wózkami towarowymi napędzanymi siłą mięśni pchającego. Gdy już jakimś cudem tam trafiliśmy, kobieta z bankowego okienka miała problem z identyfikacją wizualną naszego pojazdu, bowiem gdy wpisała w Google „Toyota 4 Runner”, wyskoczyły jej zdjęcia pił spalinowych i traktorów. Kiedy udało nam się ustalić, że chcemy ubezpieczenie samochodowe na samochód (eureka!), pech chciał, że popsuła się drukarka… 10 restartów nie pomogło, kilkukrotne wyciągnięcie wtyczki z kontaktu również nie. Tymczasem druga drukarka stała w gabinecie szefa, a u szefa siedział akurat ważny klient i najwyraźniej nie można było mu przeszkadzać. No więc czekaliśmy. My i kilkanaście osób za nami. A zegar tykał, a granica zaraz miała zostać zamknięta. W końcu ważny klient wyszedł, ubezpieczenie się wydrukowało, zapłaciliśmy i… nie mogliśmy wyjść, bo drzwi banku były zamknięte na klucz, a grający na telefonie w kulki ochroniarz ani myślał je „specjalnie dla nas” otworzyć. Musieliśmy czekać aż zostaną obsłużeni wszyscy (!) klienci, a ochroniarz pykał w te kulki i w kulki z nami leciał.

Gdy tylko drzwi się otworzyły, pobiegliśmy przez błoto i góry śmieci do biura celników. Jedno właśnie się zamknęło, ale obok było drugie, w którym ospały celnik raczył spojrzeć na nas łaskawie, jak tylko wklepał jednym palcem kilka dokumentów do systemu. No i pewnie dlatego nie zauważyliśmy, że przeoczył ten „dopisek” (sic!) „British” i zrobił z naszej Toyoty kolumbijskie auto. Nie zauważyli tego też liczni policjanci, którzy na peruwiańskich drogach kontrolowali nasze dokumenty. A ten cholernik na granicy Peru z Ekwadorem musiał! No właśnie, i co dalej?

Peruwiański celnik bez słowa przełożył nasze dokumenty na biurko kolegi (swoją drogą kolega wyglądał jak snajper z amerykańskiego filmu i do tego siedzał w biurze w ciemnych okularach), a kolega nucąc pod nosem Adele (serio), przybił pieczątki i życzył nam udanej podróży. Uff… wyjechaliśmy, teraz trzeba było jeszcze wjechać. Podążyliśmy zgodnie z instrukcjami w kierunku biura ekwadorskich celników, a tam… czarna jak smoła szklana ściana. W ścianie wąski otwór (jak w skrzynce na listy), na wysokości biodra (mojego biodra). Staliśmy chwilę zdezorientowani, aż tu nagle z tej szczeliny dobiegł nas jakiś głos. Nic nie mogliśmy zrozumieć póki nie przystawiliśmy do szczeliny ucha. A tak, „my w Ekwadorze pierwszy raz”, wetknęliśmy w szczelinę dokumenty. Zniknęły. Gdzie zarejestrowany? „British Columbia, Canada”. Czekaliśmy bez żadnych wyjaśnień pół godziny, w końcu ze szczeliny wysunęło się upragnione pozwolenie na wjazd, a my czym prędzej odjechaliśmy. Po kilkunastu kilometrach zatrzymał nas patrol straży granicznej. Podajemy dokumenty. Skąd samochód? Z Kolumbii Brytyjskiej. Mundurowy patrzy, patrzy, w końcu oddaje nam dokumenty i życzy miłej podróży, a ja wtedy czytam w pozwoleniu na wjazd: „kraj zarejestrowania: Francja”. Nie wierzę!

Jednak kto by się w dokumenty gapił, gdy wokół zieleń eksploduje najsoczystszymi odcieniami, gdy samochód lekko sunie po równiutkim, gładkim asfalcie. Kolory tu takie wyraźne, roślinność bujna, ulice czyste- jakbyśmy nagle przekroczyli granicę dwóch zupełnie różnych światów. Ulice oświetlone latarniami czerpiącymi energię z baterii słonecznych? Wietrzna elektrownia? Segregacja śmieci? Europejskie produkty na półkach w niedużym supermarkecie? Nic mi nie pasuje do stereotypowego obrazka Ekwadoru- kraju trzeciego świata, jaki najwyraźniej nosiłam w głowie. Gdy tylko dojedziemy do Vilcabamby, przyssę się do internetu i oderwać się nie będę mogła od pochłaniania informacji o prezydenckich reformach, wzroście gospodarczym, przychodach z importu ropy, walki z biedą i o wpisaniu praw natury do konstytucji. I na tym nie skończy mnie zaskakiwać piękny Ekwador.

W Vilcabambie zatrzymaliśmy się u mojego znajomego, który wraz z amerykańskim hipisem zajmuje się wytwarzaniem biżuterii z drewna ayahuaski- rytyalnego narkotyku rdzennych mieszkańców Amazonki. Przez tydzień leżeliśmy w hamaku obserwując spektakl, jaki na niebie odgrywały chmury, zajadaliśmy się zupełnie nieekwadorską pizzą i sushi, lub spacerowaliśmy po okolicznych, mięsistych bujną zielenią wzgórzach. Ostatniego wieczoru wybraliśmy się na przyjęcie urodzinowe sąsiadki. Zauważyłam go, gdy tylko wszedł do ogrodu, mimo że z reguły nie zwracam uwagi na innych, niż mój własny, mężczyzn. Wysoki, z dredami do pasa na głowie i brodzie- ale to nie to przyciągnęło moją uwagę, szczególnie, że nie przepadam za typem urody tak ostentacyjnie noszącym insygnia przynależności subkulturowej. To jego oczy- ciemne, głębokie, magnetyzujące, i to coś ciepłego w twarzy, co sprawia, że ma się ochotę opowiedzieć mu historię swojego życia, zwierzyć ze słabości, przyznać do lęków, dopuścić do głosu ukryte w zakamarkach naszej podświadomości demony przeszłości, wypłakać w ramię. Tak poznałam szamana, który pochodzi z Czech, z rodziny o wielopokoleniowej tradycji ziołolecznictwa, a od 8 lat leczy dusze ayahuaską w Ekwadorze i ma na imię Roman.


Z Vilcabamby pojechaliśmy do ultra turystycznego, jednak wciąż bardzo urokliwego Baños de Agua Santa- termalnego uzdrowiska i ekwadorskiego centrum sportów górskich i ekstremalnych. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w bardzo ładnym mieście Cuenca, gdzie jakimś cudem trafiliśmy do gay clubu, którego zostałam nieoficjalną królową. Niestety w Baños nie dopisała nam pogoda i po kilku dniach w ulewnym deszczu, dzień w dzień przemoczeni do suchej niktki (bo przecież nie będziemy siedzieć w namiocie i nic nie robić w takim pięknym miejscu!), ruszyliśmy dalej, pod wulkan Chimborazo, gdzie spędziliśmy kilka zimnych i bezproduktywnych dni, czekając aż wściekły (wiejący z prędkością 80 km/h) wiatr w końcu się uspokoi- bezskutecznie. Ale to tu po raz pierwszy spotkaliśmy wikunie.

Spod Chimborazo pojechaliśmy do stolicy Ekwadoru- Quito, gdzie zatrzymaliśmy się w hostelu prowadzonym przez 86 latka o wyglądzie białowłosego harleyowca, który przez pół życia prowadził w Niemczech dom publiczny (burdel znaczy się) a teraz, dla zachowania formy, dwa razy dziennie po godzinie „zawiesza się” głową w dół (co bardzo poleca). I w tymże hostelu, poza kobietą, która cały dzień chodziła w pidżamie i twierdziła, że ukrywa się przed CIA, spotkaliśmy chłopaka z USA, któremu razem ze świeżo poznaną Polką (fajne Polki sa wszędzie, naprawdę!) polaliśmy kilka kolejek polskich „wściekłych psów” (przy okazji instruując barmanów co to za dziwny specyfik) i usłyszeliśmy z jego ust taką historię o samolotach, Brazylii, mafii i skorumpowanych urzędnikach, że niech mnie dunder świśnie jak książki na jej podstawie nie napiszę! Zatańczyliśmy jeszcze w latynoskim klubie przy dźwiękach najprawdziwszej orkiestry (jak w filmie!), popatrzeliśmy na wulkan Cotopaxi (bo znowu wiało, jakby zwariowało i wspinać się nie dało) i pojechaliśmy do Otavalo- miejsca, w którym zdecydowanie wolniej płynie czas.

To tam, na dzikim kempingu nad laguną Cuicocha powstawał nasz plan przeprowadzki do Ekwadoru. Jeszcze zanim zdążyliśmy dojechać na wybrzeże, gdzie spaliśmy na parkingu emerytowanego szwajcarskiego marynarza, który pływał do Chin w trakcie rewolucji kulturalnej i pracował dla spółki przewożącej w latach siedemdziesiątych banany z Ekwadoru do USA i któremu, z każdą szklaneczką rumu, coraz bardziej rozwiązywał się język. Jeszcze zanim spędziliśmy noc w amazońskiej dżungli wśród tysięcy świetlików i zanim prawnik nam powiedział, że Ekwador uznaje związki partnerskie.

Tak mało brakowało, by stał się naszym nowym domem. Wierzę jednak, że należy korzystać z szans, jakie rzuca nam pod nogi los. Tym razem rzucił nam Francję, kto wie, kiedy „potkniemy” się o swoją szansę na Ekwador.


Trasę podróży A&A dookoła świata możesz sprawdzić TU.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

23 komentarzy do “Ekwador, o jakim nie macie pojęcia!