Zakochana w George Town 30 komentarzy


Egzotykę wyspy Tioman zakrył przed nami szary dym znad pożarów torfowisk wypalanych pod uprawę palmy olejowej (przeczytajcie koniecznie mój artykuł Popsuliście mi wakacje, psujemy naszą planetę). Pierwszej nocy w Kuala Lumpur pogryzły mnie pluskwy (a nic tak nie swędzi jak ugryzienia tych wrednych krwiopijców), do tego Adrien musiał pilnie lecieć do Francji i zostałam sama. Zmieniłam hotel i… spędziłam noc na stojąco, bo gdziekolwiek położyłam się czy chociaż usiadłam, ze wszystkich zakamarków i głębin tapicerki wychodziły krwiożercze pluskwy. Znów zmieniłam hotel, pluskw nie było, ale okropny smród środka przeciw insektom nie pozwalał mi swobodnie oddychać, do tego z szarego nieba zaczął lać deszcz. W pokoju paskudnie, na zewnątrz jeszcze gorzej, chciało mi się wyć. Nawet ulubiony naan był za tłusty, a curry miało posmak mąki. Koniec tego- pomyślałam sobie. Muszę stąd uciekać, bo się zapłaczę na śmierć. Spakowałam mały podręczny plecak, duży bagaż zostawiłam w bezpiecznym miejscu i ruszyłam w stronę George Town na wyspie Penang, o którym słyszałam dużo dobrego i który był moją ostatnią nadzieją na wzniecenie iskry sympatii do Malezji (która podpadła mi już nie pierwszy raz). Najtańszym sposobem dostania się z Kuala Lumpur na wyspę Penang jest autobus. Ja jednak miałam dość niewygód ostatnich dni, dlatego zdecydowałam się na komfortowy pociąg. Potem jeszcze kilkunastominutowa przeprawa promem i byłam w George Town. I tu nagle wszystko się odmieniło!

Zarezerwuj najlepszy nocleg w George Town

W George Town było niebieskie niebo i świeciło słońce. W George Town zatrzymałam się w Magpie Residence – nowiusieńkim, ultra czystym hostelu, który miał absolutnie wszystko, czego podróżująca w pojedynkę kobieta może potrzebować. Uwielbiam koncept dających uczucie prywatności kabin sypialnych i osłoniętych od części wspólnych przebieralni z lustrem w dormie. Do tego byłam w ośmioosobowym pokoju z kuchnią i łazienką sama! Tu zjadłam najlepszą na świecie rybną laksę, na którą wracałam codzinnie. Tu odkryłam hinduską jadłodajnie z pysznościami za grosze i tu… nie mogłam przestać spacerować, bo ulice George Town to prawdziwa uczta dla wielbicieli street artu, ciekawskiego oka i poszukiwaczy skarbów (zapytajcie w hostelu o mapkę ze street artowymi trasami spacerowymi). Murale, malunki, graffiti, rzeźby, instalacje, wklejki, wzory, kolory, zakamarki. Lubię takie miejsca- otwarte na kreatywne pomysły, przyjazne twórcom. Polubiłam George Town. Bardzo. Nie polubiłam tylko tutejszych szczurów (których wieczorami było pełno), ale to tylko podkreśla jak bardzo musiało mi się w tym mieście podobać, że nawet tłuste szczurze minusy nie zdołały przesłonić mi plusów.

Zapraszam na fotograficzny spacer po malezyjskim George Town

Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

Podoba Ci się? Daj lajka, podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Baner


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

30 komentarzy do “Zakochana w George Town