Wulkan Ijen na własną rękę 11 komentarzy


Po miesiącu przygód pożegnaliśmy Lombok i wsiedliśmy w samolot do Surabaji, który zdawał się podróżować w czasie- wylądowaliśmy bowiem o 15 minut wcześniej lokalnego czasu, niż wystartowaliśmy (Lombok i Jawa leżą w różnych strefach czasowych). Szybko przetransportowaliśmy się na dworzec (Bungurasih Bus Terminal- z lotniska można dostać się do niego autobusem DAMRI, który odjeżdza sprzed głównego wejścia i kosztuje 20 000 IDR od osoby, taksówka kosztuje 80 000 IDR) i złapaliśmy autobus do Prombolinggo (15 000 IDR od osoby). Naszym celem był wulkan Ijen. Wiedzieliśmy, że czeka nas długa droga, nie spodziewaliśmy się jednak, że tak ciężka.

Po 2,5 godziny komfortowej podróży na rozkładanych prawie do leżącego fotelach i z klimatyzacją (a upał był niemiłosierny) wysiedliśmy na dworcu w Prombolinggo okrytym złym sławą biletowych naciągaczy- wiedziałam, że nasze białe twarze gwarantują, że wyjedziemy stąd oszukani, postanowiłam jednak spróbować ograniczyć skalę tego oszustwa. Wysiadłam z autobusu ze spuszczoną głową i parłam przed siebie.

– Gdzie jedziecie? – krzyczały głosy z tłumu.

– Bondowoso – odpowiedziałam, jako że na żadnym ze stanowisk ani autobusów nie widziałam nazwy tej miejscowości.

– To musicie kupić bilet w kasie. Chodźcie, pokażę wam gdzie  – zagadnął jeden z mężczyzn czyhających na nasze portfele. Ktoś inny wskazał na stojący obok autobus.

– Dziękujemy, poradzimy sobie – rzuciłam przez ramię, wiedząc że bilety kupuje się bezpośrednio w autobusie, a kasa, do której by nas zaprowadził, należy do firmy turystycznej, która dolicza sobie odpowiednią prowizję za sprzedaż (uzależnioną od narodowości rzecz jasna i koloru skóry) i pociągnęłam za sobą Adriena by wsiadał do autobusu i z nikim nie rozmawiał. Zdjęliśmy plecaki, zajęliśmy miejsca. Przez otwarte okna sączył się skwar i zapach spalin. Pot spływał nam po plecach. Nie siedzieliśmy nawet minuty gdy wokół nas zacisnęła się gęsta pętla ludzkich ciał.

– 45 000 per person, 90 000 for two – rzucił jeden z mężczyzn z bardzo poważną miną choć tonem jakby od niechcenia.

– 90 000?! – krzyknęłam oburzona  – Przyjechaliśmy tu za 30 000! To nie jest prawdziwa cena – kontynuowałam całkowicie pewna swoich racji co dodawało mi animuszu.

– 45 000 per person, 90 000 for two – powtórzył niewzruszonym głosem i wyciągnął w naszym kierunku dłoń.

– A gdzie masz bilety? – zapytałam, na co bez słowa wycofał się z tłumu, który szybko się rozpierzchł, a ja odetchnęłam z ulgą. Za wcześnie… Po kilku minutach wrócił i on i towarzyszący mu naganiacze powtarzający za nim każde słowo i starający się wyglądać poważnie. W dłoniach trzymał bloczek z biletami, coś na nich zamaszystymi ruchami wypisywał, zacisnął usta w skupieniu, po chwili podał w naszą stronę dwa bilety i powtórzył:

– 45 000 per person, 90 000 for two.

– Nie kupię od ciebie biletu. Poczekam aż autobus ruszy i wtedy kupię prawdziwy bilet. Czemu nie sprzedajesz swoich biletów innym ludziom? Jesteś oszustem – powiedziałam stanowczym głosem i odwróciłam się do szyby. Byłam pewna, że cena za bilet jest kilkakrotnie mniejsza, a także że mężczyzna wyparuje z naszymi pieniędzmi zanim autobus ruszy i będziemy musieli jeszcze raz zapłacić za przejazd. Adrien patrzył na mnie zdezorientowany, ale nic nie mówił. Nagle przez tłum przecisnął się biały mężczyzna i krzyknął:

– Nie dawajcie mu żadnych pieniędzy! To oszust! – kordom ciał naciagaczy zacisnął się wypychając go na zewnątrz.

– Wiem! Dzięki! – odkrzyknęłam i nie zważając na naciski „bileciarzy” odwróciłam znów głowę do szyby i siedziałam w milczeniu.

Autobus ruszył a mężczyzna dalej domogał się swoich 90 000 IDR, tylko ton zmienił mu się na bardziej nerwowy i natarczywy, a jego towarzysze zaczęli jeszcze bardziej napierać. W końcu powiedział, że jak nie zapłacimy natychmiast to będziemy musieli wysiąść z autobusu.

– Nie kupię od ciebie biletu – powtórzyłam a on zagwizdał przeciągle, coś krzyknął i autobus nagle stanął na poboczu. Zdążyliśmy już wyjechać poza miasto, słońce wisiało nisko nad horyzontem. Adrien szepnął mi, że chyba nie mamy wyjścia, a ja rozglądałam się z nadzieją po współpasażerach licząc na ich wsparcie, pytałam ich jaka jest prawdziwa cena biletu, ale wszyscy mieli wzrok wbity w ziemię.

– Bilety albo wysiadać! – krzyknął wściekłym głosem oszust, tłum jego pomocników napierał na nas coraz bardziej, wyciągał do nas ręce próbując nas wyrzucić. Jeśli nie chcieliśmy nocować w szczerym polu, chyba rzeczywiście nie mieliśmy wyjścia. Adrien płacił a ja cedziłam przez zęby, że wiem, że są oszustami i że są złymi ludźmi. Myślę, że nic sobie z tego nie robili. Od razu po wręczeniu pieniędzy tłum wokół nas się rozluźnił, zdążyłam jeszcze tylko wymusić wydanie biletów i… po kilku minutach mężczyźni wysiedli z autobusu, a opłatę za przejazd zaczął zbierać prawdziwy kontroler. Nas ominął, omijając też wzrokiem moje wściekłe spojrzenie. Nagle ktoś mnie z tyłu szturchnął w ramię:

– Prawdziwa cena za bilet to 20 000 IDR – szepnął jeden z pasażerów. „Teraz mi to mówisz?” pomyślałam, ale nie winiłam go. Wiedziałam, że nie odezwał się wcześniej ze strachu.

Po 3,5 godzinach jazdy w nienajlepszych humorach (choć po przeliczeniu na europejską walutę kwota, na jaką zostaliśmy oszukani jest niewielka, to jednak sama świadomość oszustwa i własnej bezradności jest przykra), ścisku, gorącu, papierosowym dymie i zgiełku generowanym przez sprzedawców suchego prowiantu, wody kokosowej i cytrynowej herbaty w plastikowych torebkach (jak to pić?) oraz samozwańczych animatorów przygrywających na różnorodnych instrumentach (były nawet klawisze), którzy co jakiś czas dosiadali się do autobusu, wysiedliśmy w Bondowoso. Było już późno, nie mogliśmy dziś jechać dalej, musieliśmy zostać tu na noc. Rozglądaliśmy się dookoła próbując zdecydować w którą stronę iść, gdzie szukać hostelu, a wokół nas ponownie zawiązywała się ciasna pętla ciał przekrzykujących się naganiaczy, taksówkarzy i naciągaczy, To już było dla mnie tego dnia za dużo… Prychałam wściekle by dali nam spokój i na szybko szukałam w internecie najbliższego budżetowego miejsca do spania (w końcu był zasięg!). Nagle zatrzymał się koło nas elegancki samochód, przez okno wyjrzała młoda kobieta i miłym głosem zapytała czy potrzebujemy jakiejś pomocy. Pokazałam jej adres na szybko wyszukanego hostelu na co usłyszałam:

– Wsiadajcie, to niedaleko, podwieziemy was.

Tłum naganiaczy i taksówkarzy wokół nas gęstniał (a każdego z nich osobna w tym momencie szczerze nienawidziłam), spojrzałam do wnętrza samochodu analizując poziom bezpieczeństwa tej decyzji: młody mężczyzna za kierownicą, z tyłu starsza kobieta z  maleńkim dzieckiem:

– Super! Dzięki! – odpowiedziałam otwierając drzwi samochodu, podczas gdy Adrien ładował do środka nasze plecaki.

Sympatyczna muzułmańska rodzina podwiozła nas najpierw do pięciogwiazdkowego hotelu o tej samej nazwie co nasz hostel… Szybko wyprowadziliśmy ich z błędu i chcieliśmy wysiadać by złapać taksówkę lub przejść pieszo, ale nalegali, że nas zawiozą. Młoda kobieta zapytała nas o powód wizyty w ich mieście i jak usłyszała, że chcemy dojechać do wulkanu Ijen, zaoferowała, że nas tam zawiezie. Spojrzeliśmy na siebie z Adrienem zdezorientowani, wiedzieliśmy że to 3 godziny drogi i ważny szlak dla agencji turystycznych. Nasze zaufanie zostało dziś mocno uszczerbione, zaczęliśmy wymyślać wymówki, nie wierzyliśmy w bezinteresowność oferty.

Gdy w pośpiechu szukałam miejsca do spania, nie zauważyłam, że w adresie podana jest tylko ulica, bez numeru. Nasi wybawiciele krążyli po niej z nami godzinę (!) pytając przechodniów czy wiedzą gdzie tu jest hostel. Aż się zaczęliśmy zastanawiać czy on w ogóle istnieje, bo nikt nie wiedział (właśnie sprawdziłam, że Ijen Bondowoso Home Stay istnieje i poprawiono jego dane adresowe- jest to najtańszy nocleg w mieście) i w końcu wyszukaliśmy kolejne miejsce Hotel Anugerah, gdzie pożegnaliśmy się z tą niezwykle miłą dziewczyną i jej rodziną, wiedząc już, że jej propozycja podwiezienia nas do Ijen była bezinteresowna. To przykre jak oszuści podważają wiarę w innych ludzi.

Na drugi dzień rano, wraz z nowopoznaną Brytyjką i Kanadyjczykiem (to on krzyczał żebyśmy nie dawali oszustowi pieniędzy i został wyrzucony z autobusu) stawiliśmy się na dworcu w Bondowoso skąd odjeżdżają mini busy do Sempol- jednej z baz wypadowych na Ijen. Informacje o tym, o której startuje pierwszy bus mieliśmy różne, wiedzieliśmy za to, że nie mają one rozkładu i kolejne ruszają gdy się zapełnią. Czekaliśmy więc, podczas gdy wnętrze busika zapełniało się warzywami, owocami, wiadrami świeżego tofu, jajkami i ludźmi, jego dach natomiast zbiornikami z wodą, beznzyną i gazem co jakoś szczególnie nas nie ucieszyło, bo wiedzieliśmy że jeśli chcemy dziś dojechać do Ijen, nie mamy wyboru- musimy wsiąść w tą bombę na kółkach. Bilet dla Indonezyjczyka na tą trasę kosztuje 15 000 IDR, nas poproszono o 40 000 z czego stargowaliśmy na 35 000- dłuższymi negocjacjami nie chcieliśmy sobie już psuć humorów.  Wsiedliśmy i ruszyliśmy w 3 godzinną trasę przez wioski i miasteczka, przez plantacje kawy i lasy.

Zastanawialiśmy się czy zostać w Sempol (oddalonego 13 kilometrów od Pos Paltuding- wioski leżącej na starcie trasy trekingowej na Ijen), czy od razu jechać do podnóża wulkanu. W Sempol mieliśmy do wyboru trzy home staye i mogliśmy w nocy przejechać ostatni odcinek na motorowych taksówkach (ojek) za 50 000 IDR od osoby. Jednak kusił, kusił ten wulkan żeby podejść bliżej. Jako, że była nas czwórka, zdecydowaliśmy się na transport samochodem, który w sumie wyniósł nas tyle co cztery motory: 200 000 IDR (wynegocjowane z 300 000). I w ten sposób wczesnym popołudniem znaleźliśmy się u podnóża Kawah Ijen.

Jak się okazało Pos Paltuding trudno nazwać wioską… To dwa warungi (indonezyjskie bary z prostym jedzeniem), biuro strażników Parku Kawah Ijen, publiczna toaleta i kilka opuszczonych budynków, z których jeden był kiedyś hostelem, jeden hotelem (obydwa zamknięte), a pozostałe- nie wiadomo. Miejsc noclegowych brak. Szybko zorientowaliśmy się, że dwa z pustych budynków są otwarte i postanowiliśmy przysposobić podłogę jednego z nich na nasze „łóżka” za pomocą pożyczonych z baru kartonów (początkowo chciano ode mnie za nie zapłaty…). Szybko też okazało się, że budynek który wybraliśmy na noclegownię (ten czyściejszy) to miejscowa… musholla, czyli miejsce przeznaczone do modlitwy (dobrze, że nie zdążyliśmy się tam jeszcze rozłożyć bo mogłaby być z tego afera). Nie mając wyboru przenieśliśmy plecaki do brudnej, opuszczonej sali znajdującej się obok biura strażników, pozamiataliśmy sobie podłogę, porozkładaliśmy kartony, aż tu nagle pojawił się mężczyzna w pomarańczowej koszulce z napisem „Kawah Ijen” i oznajmił, że za nocleg tu musimy zapłacić 150 000 IDR. Powiedziałam mu, że chyba żartuje i że chcę rozmawiać z jego szefem. Wyszedł. Potem przyszedł drugi mężczyzna i przyniósł nam coś w rodzaju wykładziny, którą mogliśmy wyłożyć brudną i zimną podłogę (a wiedzieliśmy, że w nocy będzie dużo dużo zimniej) i powiedział, że jak chcemy tu spać, to musimy porozmawiać z jego szefem. Odpowiedziałam (zgodnie z prawdą), że czekamy na niego, ale… już nikt więcej nie przyszedł.

Po prowizorycznym obiedzie w warungu (makaron instant z gratisową larwą nie chce wiedzieć czego, bo była akurat w moim talerzu), postanowiliśmy z Adrienem iść na krater zobaczyć zachód słońca (to jest tylko 3 kilometry trekingu więc postanowiliśmy zrobić go dwa razy- teraz i nad ranem), ale zatrzymali nas strażnicy tłumacząc ze stężenie trujących gazów jest w ciągu dnia zbyt wysokie. Wróciliśmy więc i dla zabicia czasu nazbieraliśmy drzewa i rozpaliliśmy ognisko. To był genialny pomysł bowiem tuż po zachodzie słońca słupek rtęci zaczął w szaleńczym tempie spadać, mroźna wilgoć przeszywała kości, a ogień nie tylko nas ogrzewał, ale i kusił nocujących w namiotach turystów, przewodników i pracowników kopalni siarki, którzy oczekiwali na swoją pierwszą nocną trasę. Włączyliśmy muzykę, ktoś przyniósł ciastka, ktoś ogromnego arbuza i banany, ktoś inny turystyczną kawiarkę (naprawdę!). Opowieściom przy ognisku nie byłoby końca, ale musieliśmy się w końcu pożegnać i złapać choć kilka godzin snu. Bramę Parku Kawah Ijen otwierano o 1 w nocy, my postanowiliśmy wyruszyć o 2:30 żeby dać fory pierwszym turystom (a dokładniej uniknąć potrzeby wyprzedzania wszystkich zasapanych), zdążyć dotrzeć do jeziora na dnie krateru po ciemku by zobaczyć słynne niebieskie płomienie, a jednocześnie nie musieć zbyt długo czekać na wschód słońca.

Do sali, w której spaliśmy na podłodze, lodowaty wiatr przedziarał się przez ogromne szpary w oknach i drzwiach. W snowboardowych skarpetach i leginsach, podkoszulce z technicznej wełny i zapięta w śpiworze razem z głową nie mogłam spać- tak było zimno. Chciałam śnić o ciepłym kominku, ale sen nie chciał przyjść. Od 1 w nocy na pobliski parking zjeżdżały się samochody i motory przywożące turystów- trzaskanie drzwiami, ryk silników, głośne rozmowy wwiercały się w zmęczoną głowę. O 2:00 zadzwonił bezlitosny budzik. „Jak dobrze, że to nie Rinjani” pomyślałam szykując się do wyjścia, jeszcze bardziej zmęczona niż zanim się położyłam. Jako, że nasz „pokój” nie miał klucza, a wokół budynku kręcił się tłum ludzi, zabraliśmy plecaki by ukryć je w krzakach Po drodze do leśnej kryjówki zobaczyliśmy, że przy bramie na Ijen sprawdzane są bilety więc wróciliśmy się do biura, zapłaciliśmy 100 000 IDR od osoby i o 2:30 zaczęliśmy podejście na krater.

Droga od razu wspina się w górę, nie ma czasu na rozgrzewkę na płaskim, ale nie nazwałabym tego stromym podejściem. Po kilkunastu minutach marszu dogoniliśmy jednego z pracowników kopalni. Chwilę rozmawialiśmy, gdy w pewnym momencie kazał nam się odwrócić i spojrzeć na sąsiedni wulkan Raung (to ten, który był w zeszłym roku odpowiedzialny za paraliż lotniska na Bali). Z daleka mogliśmy dojrzeć na nim rozżarzone do czerwoności plamy świecące w ciemności- znaki wyjątkowej aktywności wulkanu. Niesamowite! Potem ścieżka wypłaszczyła się, ale też zwężyła i wiodła nad przepaścią. Wymijając tłumy maszerujących turystów, musieliśmy uważnie patrzeć pod nogi. Po godzinie stanęliśmy na krawędzi kaldery wulkanu, tuż obok tablicy informującej o zakazie schodzenia do krateru. Zakazu, którego nikt tu nie przestrzega- nie zatrzymaliśmy się i my. Wypożyczyliśmy tylko maski przeciwgazowe od obrotnego górnika (wytargowaliśmy cenę 40 000 IDR wiedząc, że za tą kwotę moglibyśmy kupić nową maskę, ale… na cholerę nam ona?) i ruszyliśmy w dół, stromą ścieżką po śliskich kamiennych blokach. Już stąd widzieliśmy niebieskie płomienie, już stąd czuliśmy charakterystyczny zapach zgniłego jajka.

Założyliśmy maski, po niecałych 30 minutach staliśmy na dnie krateru, tuż koło rur wydobywczych siarki, tuż koło kwasowego jeziora, w oparach toksycznych gazów drażniących oczy, oglądając nietypowe widowisko- niebieskie płomienie buchające ze skał (to siarka zapala się przy kontakcie z powietrzem). Po kilkunastu minutach wycofaliśmy się ze „strefy rażenia” i zawróciliśmy na krawędź kaldery mijając robotników dźwigających w koszach ogromne odłamki zastygłej siarki. Ich silne plecy budziły respekt, ich obute w kalosze lub nawet sandały stopy- współczucie. Wiedziałam jednak, że ich ubiór wynika z niewiedzy, a nie z biedy- jak na indonezyjskie warunki zarabiają oni całkiem nieźle, co sprawia, że o tą nieludzko ciężką pracę w fatalnych warunkach Indonezyjczycy się biją. Poza tym mogą sobie tutaj nieźle dorobić pozując turystom do zdjęć (50 000 IDR!) lub sprzedając siarkowe figurki jako pamiątki.

Gdy doszliśmy do krawędzi kaldery i zwróciliśmy maski, zaczynało już świtać. Ruszyliśmy dalej w górę, w stronę stromego szczytu, ale nie udało nad się odnaleźć do niego drogi (i wyglądało to tak, jakby nikt tam nie wchodził). Ruszyliśmy więc dookoła tej olbrzymiej (prawie 20 kilometrów średnicy) kaldery, tak daleko jak prowadziła ścieżka. Wiał zimny, przeszywający wiatr (marzłam w kurtce puchowej i rękawiczkach), ale widoki wynagradzały cały trud. Wschodzące słońce rzucało coraz więcej światła na znajdujące się pod nami, lazurowe jezioro wypełnione nie wodą, a kwasem siarkowym o stężeniu ponad 90%. To największe kwasowe jezioro na świecie (jego pH wynosi 0.5, czyli tyle, ile płynu w akumulatorze samochodowym), którego głębokość miejscami dochodzi nawet do 200 metrów. Imponujące i przerażające zarazem. I niezwykle piękne.

Nie wiem jak długo staliśmy na krańcu ścieżki na krawędzi kaldery konteplując piękno i niezwykłość otaczającego nas świata. Oprzytomnieliśmy przy kolejnym podmuchu mroźnego wiatru- jeśli chcieliśmy mieć szansę na złapanie jakiegoś transportu z tego zapomnianiego w ciągu dnia przez świat miejsca, musieliśmy szybko, zanim wszyscy odjadą, schodzić na dół. Po 40 minutach byliśmy już przy plecakach. Zrzuciliśmy przesiąknięte zapachem siarki ciepłe ubrania (śmierdzą do dziś, mimo prania), opłukaliśmy zakurzone ciała pod lodowatą wodą, rozglądając się przy okazji za kimś, komu mieliśmy niby zapłacić za nocleg. Nie znaleźliśmy nikogo takiego ani naszych współlokatorów, którzy zaczęli (więc i zapewne skończyli) wspinaczkę dużo przed nami. Stanęliśmy przy wyjeździe z prawie już pustego parkingu, zamachałam ręką, zatrzymał się luksusowy mini bus. Chcieliśmy by nas ktoś podrzucił do Sempol, skąd moglibyśmy złapać autobus na dalszą drogę, tymczasem złapaliśmy transport na kolejne 7 godzin, w niezwykle miłym towarzystwie młodych indonezyjskich podróżników, aż do nieszczęsnego dworca w Prombolinggo skąd mieliśmy jechać na kolejny wulkan. Nasz kierowca specjalnie nadłożył drogi żeby zawieźć nas na sam dworzec, a jedna z pasażerek pomogła nam znaleźć transport na Bromo. Pożegnaliśmy się z tą serdeczną ekipą i… w ostatnim momencie zmieniliśmy plany i wsiedliśmu do autobusu do Malang- po co? O tym w kolejnym odcinku, a teraz zapraszam do galerii zdjęć: Pocztówki z Kawah Ijen.

Trasę podróży A&A dookoła świata możesz śledzić TU.

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

11 komentarzy do “Wulkan Ijen na własną rękę

  • Pizarro

    Mała uwaga. Ruang wybuchł w czerwcu, wiem bo mieszkam w Surabaya i tu lotnisko też było sparaliżowane. A robotnikom za pozowanie płacą idioci. Walutą przetargową są papierosy, które robotnicy chętnie przyjmą. To jak daliscie się orżnąć na kase jest dla mnie niepojęte. Nie znacie indonezyjskiego? 😐

  • Emi

    W autobusach przynajmniej człowiek się tego spodziewa, największym rozczarowaniem było dla mnie jak kiedyś w warungu zaskoczyła nas ulewa i chciałam pożyczyć od jego właścicielki parasol, żeby przebiec kilka metrów do zaparkowanego kawałek dalej auta, a ona na to „5.000 rupii”, aaa!
    P.S. Herbatę z woreczka pije się przez słomkę! 😛

  • Go Foreign

    Fajny tekst. Cieszę, że opisujesz trasę tak szczegółowo. Sama planuję się tam wybrać na początku lutego i właśnie szukałam informacji.
    Mogłabyś mi poradzić, co by trzeba wziąć ze sobą na ten trekking? Np. czy brać latarkę na czoło, czy wystarczy zwykła (nie wiem na ile trudna/ niebezpieczna jest ta trasa w nocy). A i poza ‚naciągactwem’ czy uważasz Indonezję za ogólnie bezpieczny kraj do podróżowania?

  • Izabela

    Świetna relacja! My Indonezję mamy dopiero przed sobą ale to całe naciągane raczej nie zachęca do wizyty 🙁 Choć mam szczerą nadzieję, że będzie tak jak z całą Azją Południowo-Wschodnią – naczytam się o tych naciągaczach a w praktyce prawie żadnego nie spotkam 😀