Australijski happy end 18 komentarzy


Samolot, w którym siedzę wystartował właśnie z Alice Springs. Zanim zamieszczę ten post na blogu, spędzimy ostatni dzień w Sydney razem z Magdą (koniecznie sprawdźcie jej bloga Career Break i Magda Biskup Photography) i Przemkiem. Potem polecimy w stronę Singapuru, a następnie Hongkongu. Tak, nasze australijskie wakacje dobiegają końca. Od poprzedniego wpisu minęło 5 dni, tysiące kilometrów i mnóstwo niezapomnianych wrażeń- całe szczęście one nie mijają tak szybko. Z pogodowo kapryśnego Melbourne polecieliśmy na środek kontynentu by spełniać swoje marzenia o czerwonej Australii. Znów mieliśmy szczęście spotykać dzikie zwierzęta. Widzieliśmy stado wielbłądów, zabłąkanego dingo, ogromne jaszczury i mnóstwo pięknych ptaków, które chętnie zasiadały z nami do stołu, a nawet odwiedzały wnętrze naszego kampera. Dwukrotnie udało nam się podejść bardzo blisko do imponujących skrzydlatych drapieżników (na 99% były to myszołowy). Mieliśmy również szczęście do spotkań z ludźmi- pod wymarzonym Uluru natknęliśmy się na ekipę Busem przez świat, z którą spędziliśmy miły wieczór, by potem żegnać się i spotykać znów w kolejnych „obowiązkowych punktach” Outbacku.

Busem przez Świat i Pojechana

Poznaliśmy też niesamowitego taksówkarza- gawędziarza, potrafiącego w kilka minut zarazić swoją radością życia. Podczas rozmowy z nami, obok wielu innych wspaniałych, posłużył się maksymą, którą mam wytatuowaną na przedramieniu „życie jest podróżą”. Życzę światu więcej takich jak on marzycieli, a sobie takich spotkań.

Zrobiliśmy na Outbacku 1500 km (łącznie z trasą przejechaną wybrzeżem to aż 4800!), widzieliśmy Uluru o każdej porze dnia i poczuliśmy (zrozumieliśmy? na pewno próbowaliśmy) jej magię. Odwiedziliśmy Kata Tjuta , imponujący Kings Canyon i kratery po uderzeniu odłamków meteorytu. Prażyliśmy się na słońcu, wypijaliśmy hektolitry wody, spaliśmy po środku niczego, zachwycaliśmy się czerwienią pustynnego pyłu wokół nas (i trochę mniej tym na naszych ubraniach, skórze, w ustach i w oczach), wojowaliśmy z natrętnymi muchami, które wcale nas nie słuchały (bezczelne!), wyglądaliśmy dzikich zwierząt i wciąż nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że jesteśmy na innej planecie. To był niezwykły czas.

Australia - Uluru

Powoli nastrajamy się na powrót do chińskiego domu (chwilami łapię się na tym, że moja głowa już tam jest- gdzieś pomiędzy selekcją zdjęć, opisywaniem kolejnych miejsc, a praniem, odpisywaniem na maile i opłacaniem zaległych rachunków), opaleni tak, że bardziej się nie da, bogatsi o wspaniałe doświadczenia, z głowami pełnymi pięknych obrazów i odpowiedzi rodzących kolejne pytania. Z nowymi pomysłami i planami. Szczęśliwi.

No dobra, czas nacieszyć się ostatnimi godzinami w Sydney, więc uciekam na razie, wrócę z nowym wpisem inaugurującym australijską relację „właściwą” już w poniedziałek- wytrzymacie? 😉

Sydney

Ciekawi co było wcześniej? Sprawdźcie poprzednie odcinki relacji „na szybko” z Australii: Pozdrowienia z Melbourne i Szybka depesza z Australii.

Ciekawi szczegółów australijskiej podróży? Dokładną relację znajdziecie tu: Australia 2013/2014.

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

18 komentarzy do “Australijski happy end