Wyspiarskie lenistwo na Tonsai Bay


Na taras wygania mnie wysoka temperatura i brak tlenu pod moskitierą. Jest jeszcze wcześnie, wszyscy śpią. Ratuję resztki swojego kolorowego pedicuru gdy przychodzi dziewczyna z obsługi (roznosząca worki na śmieci). Gestem pyta czy może skorzystać z mojego lakieru. Nerwowo rozglądając się, maluje paznokcie lewej ręki. Nalegam by pomalowała też drugą, ale ona pokazuje, że prawą ręką je i nie może malować na niej paznokci. Dziękuje i ucieka, za kilka minut jednak wraca żeby pomalować paznokcie u stóp. Jest przestraszona i bardzo zadowolona jednocześnie.

To pierwszy dzień odkąd wyjechaliśmy z Bangkoku, kiedy słońce jedynie wygląda chwilami zza chmur. Co za ulga! Tu nikomu się nie spieszy: 15 minut czekamy żeby zamówić śniadanie w okienku, przed którym nie ma kolejki. Na podanie drugie tyle. Chłopcy wypożyczają kajaki (4h/2 osoby/300bht) żeby opłynąć okoliczne wyspy. Dziewczyny stawiają dziś na relaks.

Łapiemy taxi- boat na ekskluzywną Railay Beach. Stamtąd kilka minut marszu i jesteśmy na Pranang Cave Beach. Tłumy ludzi przyciąga tu biały piasek, łagodne zejście do wody i czyste, pozbawione kamieni dno. Za nami strome zbocze klifu z powpinanymi w nie wspinaczami, z przodu błękit oceanu. W zagłębieniu skały znajduje się kapliczka Princess Goodest- na moje oko cmentarzysko drewnianych penisów we wszystkich kolorach i rozmiarach. Przed prowizorycznym ołtarzem stoi kilku Chińczyków- pewnie modlą się o większy “sprzęt” ;-)

Nagle grzmi i spada rzęsisty deszcz. Mogłybyśmy odpoczywać dalej gdyż przed zmoknięciem chroni nas wyżłobiona przed tysięcy laty przez wodę skała, biegniemy jednak do wody, która jest teraz cieplejsza niż powietrze. Po kąpieli sól z ciał zmywa nam słodki deszcz. Plaża przyjemnie opustoszała.

Chmury odsłaniają piękny zachód słońca, zaczął się odpływ więc możemy wrócić na Tonsai Bay pieszo- po kamieniach, brodząc w ciepłej wodzie, wywołując panikę wśród krabów. Jellow curry with coconut milk z widokiem na zatokę i tropikalny drink w klimatycznym reggae barze na zakończenie dnia.

 

 Cały dziennik z podróży po Tajlandii znajdziesz TU.

 

Nie chcesz przegapić żadnego wpisu? Kliknij TU i zapisz się do newslettera!

Podoba Ci się? Podaj dalej! Twoja rekomendacja bardzo mnie ucieszy.


O Aleksandra Świstow

Dziennikarka i socjolożka, uzależniona od pisania pasjonatka podróży, miłośniczka gór i rozgadana pilotka wycieczek do Azji. Laureatka Travelerów National Geographic Polska w kategorii Blog Roku. Odwiedziła ponad 40 krajów, mieszkała w 3, by w końcu znaleźć swój dom we francuskich Alpach. W czerwcu 2015 ukazała się jej debiutancka książka "Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *